środa, 27 czerwca 2012

Zwierzałam się Wam ostatnio w komentarzach, w jakie zdumienie wprawiło mnie pytanie postawione w artykule w jednym z portali branży bieliźniarskiej. Chodzi o tekst pt. „Cups&Downs” opublikowany w brytyjskim serwisie Lingerie Insight, którego tematem jest intensywny rozwój D-plusowego rynku i wynikające z niego dalsze perspektywy dla firm. Pytanie brzmiało: czy rynek większych miseczek jest już nasycony?

Przez chwilę sama miałam ochotę umieścić tam komentarz podobny do tego, jaki napisała pewna czytelniczka z Australii: „Zapewniam Was, że rynek większych miseczek jeszcze się nie nasycił. Jest wciąż na etapie pustyni spragnionej wody...”. Nie mogłam uwierzyć, że ktokolwiek mógłby sytuację, w której w przeciętnym sklepie z bielizną wciąż nie mogę kupić swojego (całkiem zwyczajnego przecież) rozmiaru, a w wyspecjalizowanych sklepach również wcale nie mam oszałamiającego wyboru, uznać za nasycenie rynku. Zreflektowałam się jednak, że w tekście chodzi przecież o rynek brytyjski, nie - światowy. I że, co może ważniejsze, chodzi o sytuację widzianą nie z punktu widzenia klientki, lecz firmy.

Swoją drogą, chciałabym przeczytać jakąś analizę rynku tzw. dużych miseczek na świecie. Z takiego raportu dowiedziałybyśmy się zapewne, jak wygląda sytuacja w takich krajach jak USA, gdzie podobno wciąż panuje denial of large cup bras (zalinkowany tekst pochodzi z 2007 roku). Czy edycja konkursu Star in a Bra USA prowadzonego przez Curvy Kate ma szansę zmienić świadomość tamtejszych konsumentek i detalistów? Bo jeśli tak - to wróżę CK olbrzymią karierę za Wielką Wodą... Dowiedziałybyśmy się też, jak wygląda rynek niemiecki, gdzie działa prężne forum Busenfreundinnen (prowadzone przez działaczki z Lobby Biuściastych), ale zaopatrzenie zmienia się wciąż bardzo powoli. Oraz jak mają się sprawy biuściastych na południu Europy, w krajach takich jak Portugalia czy Włochy, gdzie owszem, działają pojedyncze uświadomione bra-biznesy - prowadzone przez... Polki! :) Jeśli czytają ten tekst mieszkanki tych i innych zakątków globu - proszę, napiszcie, co dzieje się na tamtejszych bra-rynkach.

Wróćmy jednak do Zjednoczonego Królestwa. Czy tamtejsi dużomiseczkowi potentaci rzeczywiście obawiają się nadmiernego zatłoczenia rynku?

 

Bądź trendy, idź w D+


„Myślę, że rynek jest nasycony” - mówi Lorraine Morton, twórczyni marki Miss Mandalay. „W ciągu siedmiu lat od powstania naszej marki obserwowaliśmy, jak zarówno znane, duże firmy, jak i niszowe, projektanckie marki popodłącząły się pod dużomiseczkowy trend”. Pozostałe wypowiadające się osoby także zgodne są co do tego, że rynek D+ staje się coraz bardziej konkurencyjny. „Kiedyś samo oferowanie większych rozmiarów wystarczało, by zostać zauważonym” - czytamy w artykule. „Ale teraz, gdy segment dużych miseczek zauważalnie urósł, marki muszą pójść o krok dalej, by przyciągnąć klienta”.

Moim pierwszym odruchem była podejrzliwość: oho, czyżby ktoś tu zamierzał budować klimat zniechęcania konkurencji? Zabrzmiało mi w uszach to, co tak często słyszymy w naszym kraju, rozmawiając z przedsiębiorczyniami i przedsiębiorcami: „Biznes? Ciężki! Zarobić? A skąd! Dokładam do interesu!” ;-) Miałam jednak nadzieję, że nikt nie będzie twierdził, że zaoferowanie klientkom czegoś więcej, niż mają teraz, jest nie wiedzieć jak trudne.

Na szczęście kilku profesjonalistów wypowiedziało się w sposób miły dla uszu każdej biu-konsumentki.

Na przykład, dyrektor marketingu firmy Panache - Steve Hazlehurst - uważa, że wzrost konkurencji to czynnik pozytywny. „Dzięki temu zwiększa się świadomość rynku. Klientki zyskują coraz większą wiedzę na temat dopasowania oraz pozytywny stosunek do większych miseczek”. Producenci wskazują też nowe tereny ekspansji: kostiumy kąpielowe, biustonosze sportowe, coraz skuteczniejsze podążanie za trendami mody.

Ale to nie wszystko. Najbardziej ucieszyło mnie, że specjaliści z UK dostrzegają też takie możliwe kierunki rozwoju, jak udoskonalanie konstrukcji, materiałów, czy poszerzanie zakresów rozmiarów.

 

Nie samą literą...

Wrócę do początku artykułu. Szefowa Miss Mandalay mówi: „[...] obserwowaliśmy, jak zarówno znane, duże firmy, jak i niszowe, projektanckie marki podłącząły się pod dużomiseczkowy trend. Szkoda tylko, że ich twórcy często nie rozumieją technicznych aspektów dopasowania większych miseczek i ich produkty nie są zadowalające”. Można by odebrać to stwierdzenie tak: inne firmy często oferują gorszy produkt, a te doświadczone w produkcji D-plusów muszą z nimi teraz mozolnie konkurować. Ale: czy aby na pewno jest to zagrożenie?

Czy klientki naprawdę nie są w stanie odróżnić źle skonstruowanego i uszytego z niewłaściwych materiałów biustonosza od takiego, który pasuje, leży i odpowiednio podtrzymuje?

Przejawiana niekiedy przez firmy wiara, że wystarczy wpisać więcej literek do katalogu, zrobić w już istniejących produktach kilka drobnych modyfikacji i oferta D+ gotowa - jest zjawiskiem dla mnie zdumiewającym. Moim zdaniem każda kobieta, która kiedykolwiek miała na sobie właściwie dopasowany biustonosz, odróżni prawdziwy rozmiar 70G od starego 90C z mechanicznie skróconymi bokami. A jeśli nie miała, to prędzej wróci do starego, źle dopasowanego, niż zapłaci kilkukrotnie wyższą cenę za wciąż źle, a może nawet jeszcze gorzej funkcjonujący produkt. Mimo to ze smutkiem obserwowałam w ostatnich latach znane polskie, i nie tylko polskie firmy, które próbowały „podłączyć się pod trend”, nie dysponując ani odpowiednimi konstrukcjami, ani materiałami nadającymi się do podtrzymania większego biustu. W takiej sytuacji wprowadzenie do oferty rozmiarów D+ może okazać się chyba tylko nieudanym zabiegiem reklamowym (skoro inni mają, to my też!).

Istnieją też ciągle rejony rozmiarowe, w których naprawdę nie trzeba stawać na głowie, by bić się o klientki. Nie trzeba wyróżniać się nie wiadomo czym - wystarczy zaoferować choćby znośny towar!

 

Powyżej G - biała plama, czarna dziura


Podtytuł ten zaczerpnęłam z maila od jednej z czytelniczek. Był on odpowiedzią na pytanie, które zadałam w związku z plebiscytem Kusidełko 2011 - dziwiłam się wtedy, dlaczego na kategorie rozmiarowe powyżej miseczki GG oraz JJ padło tak mało głosów. Wyczuwałam nastrój rezygnacji, związanej z niezadowoleniem z oferty w tej strefie. I chyba się nie pomyliłam. Oto, co napisała Czytelniczka:

„Droga Kasico, jest i nieco rezygnacji i niezadowolenia, ale to skutek niekończących się poszukiwań zawsze zakończonych klęską albo rozwiązaniem niezbyt dobrym.

[...] Nawet jeśli gdzieś się znajdzie miękki, kolorowy, jasny stanik typu balkonetka, to pomiędzy miską G a H (w polskiej rozmiarówce pomiędzy H a I-J) następuje nagły skok wysokości boczków, a szczególnie miejsca, w którym dochodzą ramiączka. W moim przypadku wygląda na to, że punktem krytycznym jest miejsce wszycia ramiączek z przodu (zawsze za szeroko) i podkrojenia tuż za nimi w stronę pachy - ZAWSZE jest o jakieś 1-2 cm za płytko. Te fragmenty obcierają skórę i/lub  wychodzą spod letnich ubrań. Mam wrażenie, że producenci nie zauważają, że kobieta z wąskimi żebrami jest też węższa z przodu, a nie tylko z tyłu i dlatego te ramiączka wchodzą pod pachę i obcierają skórę. 

Nadmieniam, że mierzyłam te rzekomo obniżone modele Panache i jak dla mnie to jest zdecydowanie za mało. Dalia, Samanta, Kris Line, Ewa Bień - wszędzie ten sam problem. Najlepiej mi w Gorsenii i Fantasie - ale też pod warunkiem, że miska jest za mała, bo przy skoku miski w górę, po prostu wszywają większą miskę w węższy obwód i wszystko, co było z przodu zaczyna wchodzić pod pachę (Gorsenia) lub bok skacze do góry (obie firmy).

Zazdroszczę wam tych wyborów kusidełek, wygodniczków, sportowych itp. Ja nadal szukam czegokolwiek, aby było.”

Dla wielu z Was opis ten brzmi znajomo, prawda? Czytelniczka opisuje typowy problem - syndrom złej konstrukcji charakterystyczny szczególnie dla stref powyżej miseczki G (a w skrajnej postaci znany pod kryptonimem trójkątnych kobiet). Mimo że mówimy o nim już od tylu lat, pozostał on wciąż nierozwiązany przez większość firm. A więc G-plusów nie tylko jest na rynku mniej, są one też nieodpowiednio skonstruowane.


Hannah Houston, dyrektor marketingu Curvy Kate (firma oferująca biustonosze w miseczkach D-K), mimo funkcjonowania na „nasyconym rynku”, dostrzega oba zjawiska równie wyraźnie jak my: „Na rynku widzę zaledwie kilka marek oferujących pełen zakres dużych miseczek. Wraz z powiększeniem się rozmiarów biustów w Zjednoczonym Królestwie nie wystarczy oferować rozmiarów kończących się na miseczce G. Nie tylko rosną biusty, również więcej kobiet korzysta z usług dobierania rozmiaru biustonosza. Większość z nich dowiaduje się, że potrzebuje znacznie większego rozmiaru miseczki, niż wcześniej sądziły - i wiele z nich w rzeczywistości potrzebuje więcej niż G”.

I dalej pada dokładnie to, o czym już była mowa, a co najbardziej chciałabym przekazać firmom bieliźniarskim: „Musimy tworzyć modele i kroje, które rzeczywiście sprawdzają się w tych rozmiarach - nie po prostu wystopniowane w górę [o wymiarach automatycznie przeliczonych z mniejszych], lecz takie, które rzeczywiście pasują, podtrzymują, modelują i unoszą cięższe biusty. Wiele firm nie oferuje biustonoszy w rzeczywiście pełnym zakresie rozmiarów, albo oferuje je w formie niezadowalającej dla klientek” - mówi Hannah Houston. Jeśli nie wystarczy głos klientek - może słowa przedstawicielki branży będą wiarygodne dla innych jej przedstawicieli?

 

Alternatywny świat a konsumencka perspektywa

Gdy spojrzeć z boku na te wszystkie rozważania, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że bieliźniarski marketing jakby oderwał się od rzeczywistości - tej, na którą składają się żywe biusty, żywe kobiety i ich potrzeby.

Mamy oto jakiś alternatywny świat, w którym rozmiary kobiecych biustów, w naturze tworzących szerokie, płynne spektrum, dzielą się na jakieś strefy: A-D, D+, G+, duże miseczki, małe miseczki. Świat trendów i brandów, kolejnych sezonów i kolekcji. W świecie tym rynek, na którym działa już pewna liczba nazw, wizerunków, kampanii, koncepcji i strategii, staje się nasycony i budzi obawę kolejnych graczy. Na tym rynku jakoby najważniejszy jest PR i marketing, a potrzeby klientów nie są ich własnymi potrzebami, lecz wymaganiami kreowanymi i podsycanymi przez marketerów.

I gdzie w tym wszystkim mieści się moja Czytelniczka i staniki, które zwyczajnie i prozaicznie uwierają ją w pachy?

Czemu spostrzeżenie, że świeżo wprowadzony do oferty rozmiar powinien prawidłowo leżeć na żywym biuście, wydaje się mieć wymiar rewolucyjnego odkrycia?

Nie będę udawała, że świat wiecznie zmiennej mody, trendów i marek mnie nie fascynuje i że nie rozumiem jego powabu. Rozumiem i to chyba widać ;) Jest jednak granica tego szaleństwa: własne zdrowie i podstawowa wygoda. Jeśli biustonosz nie nadaje się do noszenia, a co najwyżej do powieszenia na wieszaku - jego brand i styl, wizerunek i kampania reklamowa - nie są dla mnie istotne.

Mam nadzieję, że producenci i marketerzy bielizny nie będą tracić z oczu również tej perspektywy i że wciąż będą znajdowali się innowatorzy, którzy miast kreować i rozbudzać potrzeby, będą je także staromodnie odkrywać i zaspokajać. Tacy, którzy oprócz bicia się o uwagę klientek w mediach, będą „bić się” o najlepszą konstrukcję swoich produktów.

Mam nadzieję, że kiedyś przestaniemy się dzielić na D-plusy i G-plusy, i wszystkie staniemy się po prostu kobietami w równie doskonale dopasowanych stanikach i ubraniach. Kobietami, dla których zakupy są przyjemnością, nie - frustrującym i męczącym doświadczeniem. Na razie bowiem często staje mi przed oczyma obraz: kolorowy świat marek i produktów rozkwita i szaleje, wieszaki i półki pełne są ubrań i bielizny, a pośrodku tej klęski niby-urodzaju stoi bezradna i, przepraszam za słowo, wkurzona klientka...

Czy zdarza się Wam czuć tak samo?

[pierwsza ilustracja w notce przedstawia biustonosz Fantasie Esme w nasyconym różu ;) sfotografowany dzięki uprzejmości firmy b.style]

wtorek, 19 czerwca 2012

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o duńskiej marce CHANGE Lingerie (znanej też jako Change of Scandinavia) - czy od naszych lobbystek prowdzących niemieckie forum, czy też od mieszkanek Łodzi, gdzie można tę bieliznę kupić stacjonarnie. Jako pierwsze napisały o niej dziewczyny z bloga Small Cup w artykule „Bra-fitting po skandynawsku”.

Jak już wiemy, oprócz Danii i Niemiec bieliznę Change można kupić w Polsce, w sklepie firmowym w łódzkim centrum handlowym Port Łódź. Oprócz tego właśnie uruchomiono sprzedaż online w sklepie Intymna.pl, choć ja mam nadzieję, że powstanie kiedyś polska wersja duńskiego sklepu, bo wybór w nim jest znacznie większy. Katalog na aktualny sezon obejrzeć można na polskiej stronie marki.

Nie będąc mieszkanką Łodzi i nie mogąc łatwo sprawdzić nabiustnie, jak też sprawują się te duńskie staniki w mojej strefie tabelki, ucieszyłam się, gdy dystrybutor przed kilkoma tygodniami zwrócił się do mnie z propozycją przysłania próbek do testów. W pierwszej chwili byłam jednak nieufna - rozmiarówka do miseczki J (w niektórych modelach), w wydaniu raczej kontynentalnym, nie brzmi oszałamiająco (raczej - ponieważ istnieje w niej „brytyjska” miseczka DD, D-plusy wyglądają więc następująco: D, DD, E, F, G, H, I, J. Produkowane obwody to 60-100, przy czym nie wszystkie miseczki dostępne są w każdym obwodzie).

Spodziewałam się kłopotów z konstrukcjami, krojami i rozmiarami, które często występują w „końcówce tabeli” w markach doprowadzonych do okolic brytyjskiego G. Najbardziej przychylnie do Change nastawiły mnie ceny - dużomiseczkowe modele można kupić za poniżej 120 zł, a te bardziej małobiuściaste mają nawet ceny dwucyfrowe. „Zmianki” nie są szczytem designerskiego polotu - wzornictwo jest raczej zwyczajne, niejednej stanikomaniaczce może wydawać się nudne - dla niektórych jednak ten konserwatyzm może być zaletą. Dość jednak ogólników - oddajmy głos dziewczętom :)

 

Samantha - 80I


Tego modelu byłam najbardziej ciekawa. Przyciągnął mnie żywy odcień różu, koronka perłowymi elementami i umocowanie ramiączek na pętelkach, tak rzadko spotykane w DD-plusowych kolekcjach (nie wiem dlaczego - układa się równie dobrze, jak zwyczajnie wszyte ramiączka, a dużo lżej wygląda). Zwracam też uwagę na dzianinę po bokach miseczek, z połyskującą fakturą, oraz na świetne ramiączka z żakardowym wzorkiem. Ogólnie - Samantha to taka trochę kiczowata, swojska różowa landrynka, za to superstarannie wykonana - ani jednej wiszącej nitki, drapiącego szwu. Doskonałej jakości zapięcie.

W dotyku wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Zachwyciło mnie, że jest tak niesamowicie miękka - chciałoby się powiedzieć, że zupełnie nie jak przeciętny stanik D+... Wystraszyły mnie jednak elastyczne miseczki, które przy biuście w moich okolicach rozmiarowych zwykle zapowiadają katastrofę podtrzymaniową. Potem zorientowałam się, ze wszystkie nadesłane mi modele są elastyczne! Do tego ta staroświecka konstrukcja z jednym szwem... Z tej mąki chyba nie będzie G-miseczkowego chleba - pomyślałam. Po czym przymierzyłam.

No i okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Samanthowe miseczki są elastyczne w całości, łącznie z siateczkową wstawką z boku, umieszczoną od spodu miseczki. Ten stopień elastyczności spokojnie jednak wystarcza do całkiem przyzwoitego uniesienia, podtrzymania oraz ukształtowania w ładne kulki mojego średnio-dużego biustu (83/111). Jako totalnie nieagresywny elastyczniak, Samantha nie przepycha piersi w żadną stronę - ani szczególnie nie zbiera do środka, ani też nie rozostawia na boki. Jednym słowem, coś dla miłośniczek formy naturalnej. I wygody. Samantha jest wygodniczkiem, z jednym wszakże wyjątkiem - z nieznanych mi przyczyn końcówki fiszbin od strony pach zaczynają po paru godzinach obcierać. Może dlatego, że są druty stosunkowo długie. Genialne są natomiast wszystkie gumy i taśmy - miękkie i „misiowate” od spodu.

Zanim jednak mogłam zacząć sprawdzać Samanthę w praniu (oraz noszeniu), musiałam dobrać rozmiar. Stanowiło to pewne wyzwanie, i to we wszystkich trzech przypadkach. Miałam na szczęście do dyspozycji rozmiary sąsiadujące, była więc doskonała okazja do porównań. Decydującym czynnikiem okazał się wybór odpowiedniego obwodu - a to z powodu różnej budowy tyłów.

Podobnie jak w wielu innych markach, w Change występuje zróżnicowanie szerokości tyłów w zależności od rozmiaru miseczki, a także obwodu. Tyły te są dość rozciągliwe, ale nie jakoś dramatycznie - od spodu wzmocnione są siatką, nie „wiszą” na elastycznej dzianince, co od razu nastawiło mnie do duńskich producentów przychylnie (wiedzą, co robią). Porównania wykazały, że w wydaniu węższym (dwuhaftktowym) są one jednak mniej stabilne i mniej komfortowe niż trzyhaftkowe wersje szerokie, które ponadto jeszcze gwarantują efekt gładkich pleców :) Decyzje rozmiarowe dodatkowo komplikowała rozciągliwość misek, która sprawia, że mają one większą tolerancję rozmiarową (co - uwaga - uwzględnia tabela rozmiarów, gdzie zakresy obwodów w biuście dla poszczególnych rozmiarów misek częściowo na siebie nachodzą). 

Starałam się więc załapać na trzyhaftkowca. Producent co prawda sam zachęca do zaniżenia obwodu (dla zakresu 80-85 pod biustem proponując rozmiar 75), ja jednak w tym modelu zdecydowałam się na 80I i nie żałuję. Gdy mi za luźno (zdarza się), przepinam biustonosz na ciaśniejszą haftkę.

Wracając jeszcze do estetyki - zapraszam do galerii fotek. Zwróćcie uwagę na dopracowanie szczegółów.

 

Linda - 75 I

Oho, powiedzą, że to coś dla naszych babć - pomyśłałam na widok beżowej Lindy (teraz można ją kupić także w fiolecie). Triumphowaty styl i beżowa elastyczna koronka mogą zniechęcać koneserki bieliźnianego designu, pasują za to do totalnie wygodnickiego charakteru tej dojrzałej dziewczyny. Linda w tej wersji (bo jest jeszcze usztywniana, w mniejszym zakresie rozmiarów) kusidełkiem raczej nie będzie, choć połyskliwa koronka ma ładny złotawy odcień, a towarzyszą jej całkiem urocze ozdoby - kwiatki z cyrkoniowymi środkami na mostku i przy ramiączkach.

Wadą jest to, że po pewnym czasie noszenia koronki na ramiączkach wywijają się. Ujmuje to Lindzie uroku, jako że w stanie normalnym prezentują się one na ramionach bardzo ładnie.

Miseczki w Lindzie okazały się bardzo duże, większe niż w Samancie i Stasii. Tył jest niestety dwuhaftkowy - widocznie potrójna wersja zaczyna się od J, które było na mnie za duże. I niestety to czuję - tył Lindy trzyma gorzej i ma wyraźnie większą skłonność do podjeżdżania na plecach niż w Samancie oraz w Stasii. Linda jest za to jeszcze wygodniejsza od Samanty. Miseczki są bardziej rozciągliwe, co sprawia, że trochę gorzej podnoszą i zbierają. Linda to po prostu luzaczka, która drwi sobie z wszelkiej presji. Nie włożę jej na imprezę ani żadną okazję, przy której czuję zwiększone parcie na wygląd, ale podczas np. dłuższej jazdy samochodem czuję się w niej doskonale. Co tu dużo mówić - nasze babcie czasem naprawdę wiedzą, co dobre. A ja przez tych kilka lat stanikomaniactwa nauczyłam się dystansu do tego całego podnoszenia, zbierania, wypychania i przepychania, które najchętniej fundujemy naszym biustom.

Tak więc, stanikomaniaczko - jeśli chcesz mocno podrasować formę optyczną swego biustu, po Lindę nie sięgaj. Jeśli chcesz zapomnieć, że masz na sobie stanik - polecam.

A oto Linda w pełnej krasie:

 

Stasia - 75J

O Staszce :) wspominałam już w notce o koralach. Różni się od pozostałych koleżanek krojem (trzyczęściowe miseczki) i materiałem. Miseczki są miękkie, lecz w dolnej części wzmocnione warstwą grubej mięsistej dzianiny, która trochę przypomina piankę (sprężynuje pod naciskiem), jest też do pewnego stopnia elastyczna. Górna część miseczek jest podszyta cienką, także rozciągliwą dzianiną.

Stasia jest skuteczniejsza od koronkowych sióstr pod względem podnoszenia biustu (właściwie dorównuje przeciętnemu nieelastycznemu biustonoszowi), gorzej natomiast zbiera. Jest jednak także wyjątkowo wygodna i uszyta z supermiłych w dotyku materiałów. Ramiączka i gumy od spodu to poezja miekkości :) Trochę niestety psuje wysokie zabudowanie, bo zdarza mi się ją czuć pod pachą przy ruszaniu ręką do przodu, zwłaszcza gdy panuje upał i mam wrażliwszą skórę. Pod ubraniem pozostaje niewidoczna jak bezszwowiec (dotyczy to także majtek), nadaje się więc pod cienkie bluzeczki, choć w upały jest w niej niestety za gorąco.

Wybrałam rozmiar 75J - taki zresztą, nawiasem mówiąc, podaje mi kalkulator ze strony Change. Początkowo trochę się czułam ściśnięta w tej trzyhaftkowej 75-tce, ale z czasem obwód trochę się nadciągnął i stał się zupełnie komfortowy. 80tki w tym modelu wydawały mi się za luźne i dlatego zdecydowałam się na mniejszy obwód. Trzyma on i pracuje wyśmienicie.

Niestety nie widzę Stasii w Intymnej.pl, podobnie zresztą jak Samanthy, choć tę ostatnią znalazłam w duńskim sklepie.

Podsumowując, uważam Stasię za całkiem niezły t-shirt bra dla wygodnickich. Ma ona wyjątkowo przyjemny odcień koralowego różu, niestety trudny do oddania na fotkach - ciągle wychodził mi albo zbyt różowy, albo zbyt pomarańczowy...

 

 

Do kompletu

Figi, które wybrałam, są równie komfortowe jak biustonosze. Te same miękkie dzianiny, niedrapiące szwy i staranne wykonanie. Są też przewiewne i cieniutkie, co budzi obawę o solidność. Przeżyły już jednak kilka prań, podobnie zresztą jak staniki, i nic im się nie stało.

Rozmiary to (w kolejności fotek): 40, 42 i 42. Zgodnie z tabelą rozmiarów Change, moje 103 cm w biodrach plasuje mnie jeszcze w granicach rozmiaru 40 (100-103). Majteczki są bardzo elastyczne, ale nie widziałam powodu brania mniejszych, skoro większe doskonale pasują, a ja jeszcze bardziej od przyciasnych staników nie znoszę takichż majtek. Kalkulator zresztą proponuje mi 42 - a więc 2:1 dla kalkulatora :)

 

Podsumowanie

Przygodę z CHANGE uważam ostatecznie za udaną. Gdy jednak spróbuję wyobrazić sobie, że miałabym się do tej marki ograniczyć - mówię „nie”. Change to wygodniczki, ale są zbyt słabymi podtrzymywaczami i zbieraczami, bym mogła wyłącznie na nich polegać. Przypuszczam też, że większe i cięższe od mojego biusty mogą być z Change niezadowolone. Mój wszak nie znajduję się na całkowitym szczycie rozmiarówki - Change oferuje biustonosze do obwodu 100 pod biustem (który występuje maksymalnie w miseczce H), więc zmieścić się powinny biustowe objętości wyraźnie większe od mojej. CHANGE doceniają jednak małobiuściaste - może to wśród nich marka ta osiągnie w Polsce największe powodzenie?

Muszę jednak zaznaczyć, że podczas testowania tych trzech modeli czułam się tak komfortowo, jak dawno się nie czułam, mając na sobie biustonosz. Dlatego zachęcam mimo wszystko do wypróbowania, zwłaszcza jeśli cenicie sobie wygodę - a nuż znajdziecie w Change swojego ulubionego wygodniczka?

 

Uwaga promocja!

Jeśli mieszkacie albo możecie wpaść do Łodzi i tamtejszego centrum handlowego Port Łódź, to w mieszczącym się tam salonie firmowym Change otrzymacie 20% rabatu na wszystko, co kupicie (a co nie jest jeszcze przecenione), do końca czerwca! Dodatkowym warunkiem jest wyrobienie sobie karty Club Change - jest to program lojalnościowy, który da Wam m.in. 10% zniżki przy wszystkich kolejnych zakupach towarów w regularnej cenie. Jeśli zaś znajdziecie coś dla siebie w Intymna.pl - to do 29 czerwca jest tam rabat na aż 30%, z okazji debiutu Change w tym sklepie.

Ciekawa jestem Waszych doświadczeń z tą marką. Czy są tu biusty noszące Change? Czy sądzicie, że marka ta może wypełnić jakąś lukę na naszym rynku?

 
1 , 2
Archiwum
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...