piątek, 23 czerwca 2017

 

Moje podejście do białej (oraz kremowej, kościo-słoniowej...) bielizny jest takie, że słowo „bielizna” można by spokojnie zamienić na „czernizna” :-) Zdarzają się jednak wyjątki potwierdzające regułę. Lubię realistyczne, duże wzory kwiatowe, a te, trzeba przyznać, potrafią się świetnie prezentować na jasnym tle. Powiecie, że taki jasny stanik w kolorowe wzorki to najbardziej niepraktyczna rzecz na świecie, bo spod jasnego ubrania prześwituje, a pod ciemnym może zafarbować czy pokryć się ciemnymi włókienkami... Więc owszem, nie marnuję Thei pod czarną bluzkę, ale po pierwsze - mam sporo ubrań w kolorach tak zwanych średnich (nie ciemnych, ale i nie bardzo jasnych), pod którymi świetnie taki stanik funkcjonuje, a po drugie - moim zdaniem są zestawy, w których te przebijające kwiatki się po prostu komponują! W czasach, gdy bielizna potrafi wybijać się w stylizacjach nawet na pierwszy plan i projektanci nie skąpią jej wyrazistych kolorów i wzorów, najwyższy czas chyba porzucić prześwito-fobię ;-)

Przed Wami zatem ogrodowo-łąkowa Thea, czyli Teodora (albo Dorotea) :-)

 

 

Panache - Thea, kolor: ivory/floral, rozmiar: UK 36G [Rozmiary: 65 DD-K, 70-85 D-K; komplet został mi dostarczony przez dystrybutora]

 

Estetyka

Jak w tytule - z Theą mam dwojakie skojarzenia. Pierwsze to angielska porcelana, a drugie - zestaw swojski, czyli maki, chabry, margerytki i inne kąkole, które co prawda są tu chyba nieobecne, ale kolorystyka całości przywodzi na myśl taki właśnie polny bukiecik. Do kompletu brakuje tylko złotych kłosów :-)

 

 

Cyfrowy nadruk jest precyzyjny, a kolory nasycone. Deseń występuje nie tylko w dolnej części miseczek ze stabilnej laminowanej dzianiny, ale naniesiono go także na siateczkową część górną, która jest do tego haftowana. Nie mam jednak wrażenia nadmiaru, tylko fajnego urozmaicenia. Góra jest co prawda z siateczki, ale podszyta dodatkową warstwą, nie ma więc przejrzystości. Zawsze trochę szkoda, ale z drugiej strony - tak chyba jest nawet lepiej. Tył jest bez wzorków - i taki chyba bardziej mi się tu podoba :-)

Wzór być może lepiej by się prezentował, gdyby był nieco mniejszy. Przypuszczam, że w mniejszych rozmiarach mogą zdarzyć się staniki, w których puste przestrzenie będą miały zbyt dużą przewagę nad wzorzystymi, choć oczywiście to tylko moja spekulacja (moim zdaniem producent powinien zwracać na takie rzeczy uwagę w trakcie szycia i mam nadzieję, że to robi).

 

 

Wracając do kolorów - tył i ramiaczka Thei są klasycznie kremowe, ale dzianina przednia, przy dokładnym wpatrzeniu się, bądź zestawieniu z całkowicie białym tłem, zdradza subtelną różowawą nutę (na zdjęciach nie bardzo to niestety widać). Bardzo lubię takie nie do końca oczywiste odcienie bieli ;-)

Brawo za morelowo-niebieską kokardkę.

Thea jest dobrej jakości i starannie uszytym biustonoszem - jedyne, na co mogłabym tu narzekać, to ciut wąskie zapięcie.

 

Dopasowanie

Tym razem zaczęłam od 36G (nie jak w przypadku ostatniego nabytku z Cleo (Minnie) - 38FF), i okazało się idealnie dopasowane. Miseczki w górnej części mają trochę luzu, gdy nie jestem wyprostowana, ale to już kwestia konstrukcji, nie rozmiaru.

 

 

Kształt

Thea daje kształt podobny do balkonetek marki Cleo dzięki podobnej konstrukcji miseczek. Biust jest mocno podniesiony (dolny kontur wznosi się stromo do góry) i zebrany z boków, profil okrągło-zadartonosy :-) Thea jest tak samo skutecznym podnośnikiem i zbieraczem, jak Minnie z Cleo.

 

 

 

Jeśli uważnie przyjrzycie się zdjęciom w ubraniu, zwłaszcza temu en face - zauważycie, że Teodora jednak prześwituje nawet spod porządnej dzianiny firmy Vippi Design. Ale mnie to nie tylko nie przeszkadza, a wręcz nawet się podoba, bo kwiatki wpisują się w folkową stylistykę całości. Dlatego chętnie ją noszę właśnie w tym zestawieniu.

 

Konstrukcja i podtrzymanie

Trzyczęściowe miseczki w kroju klasycznie brytyjsko-balkonetkowym, odmiana „w górę i do przodu”.  Pamiętacie być może, jak kiedyś tęskniłyśmy do tego, by niektóre kroje z marki Cleo przeniknęły do nieco bardziej konserwatywnej Panache - i tak się właśnie dzieje. Podobnie układa się Floris - jeśli go lubicie, Thea też powinna Was zadowolić. Thea, warto wiedzieć, wejdzie do kolekcji bazowej w kolorze całkiem czarnym (czernizna) :-)

 

 

Podtrzymanie biustu jest dla mnie jak najbardziej zadowalające, choć luźna góra miski (bardziej dostosowana do biustów pełniejszych u góry i/lub bardziej wysoko-podstawnych niż mój) sprawia, że pierś nieco faluje u góry. Luz nie rzuca się w oczy w pozycji wyprostowanej, przy zgarbieniu już tak - ale, podobnie jak w przypadku Minnie, pod ubraniem tego nie widać, i nie mam z tym problemu.

 

Wygoda

Thea jest, ku memu zaskoczeniu, wygodniejsza od Minnie - nie czuję tu w żadnym momencie napierania końcówek fiszbin na mostek. Nie należy wszelako do stuprocentowych wygodniczków, bo jednak mocno modeluje biust.

 

Do kompletu

Figi bardzo zgrabne, z przodem całym w nadruku i ukokardkowione, choć, jak zwykle, mogłyby być wyższe :-) Tył co prawda bez wzorków, za to przyjemnie lekko półprzejrzysty. Zdecydowanie pobudza kompletozę ;-)

 

 

Galeria

Zapraszam do zerknięcia, a najlepiej rozwinięcia w trybie full screen, bo Teodora z bliska jeszcze powabniej się preztentuje.

 

 

Podsumowanie

 

 

Cieszę się, że mogę endżojować kolejny z flagowych krojów Panache, obok takich przebojów, jak Jasmine czy Clara. Kolejny model, którego się obawiałam ze względu na moją niepełność u góry, i kolejny raz obawy te zostały właściwie rozwiane. Do tego przełamałam swoje opory przed białym, a przynajmniej białawym kolorem tła, jakoś przeboleję nawet te kremowe ramiaczka ;-) Bardzo mi się podoba, że precyzyjne cyfrowe nadruki w żywych kolorach tak dobrze przyjmują się w bieliźnie. I czekam, aż będziemy miały tak samo szalony wybór, jak w ubraniach, czyli nie tylko kwiatki - choć ten kwiatuszek akurat jest wybitnym przedstawicielem swojego gatunku.

 

Stylóweczka: swojskie kwiatki. Przykładnie sponsorowała firma: Panache, nie sponsorowały firmy: Vippi Design, & Other Stories 

 

Lubicie kolorowe wzory na jasnym tle, czy też wciąż należycie do nieprzekonanych? A może macie jakieś swoje propozycje zestawów z tzw. intencjonalnym prześwitem, zapewne odważniejsze niż moje nieśmiałe ledwie widzialne kwiatki? ;-)

piątek, 16 czerwca 2017

Bikini: Ava z kolekcji wiosna-lato 2015 ;-) Duży pozytyw! Nie jestem typową plażowiczką, tylko górołazką, ale prawie wyobraziłam sobie siebie na gorącym piasku :-) Dobrze skonstruowany i wygodny stanik (model full cup). Bravo Avo!

 

Akcja #cialopozytywne + #cialogotowenaplaze na Facebooku i Instagramie zatacza coraz szersze kręgi. Bardzo mnie to cieszy, ale budzi przy okazji mniej wesołą refleksję: dlaczego, u licha, dopiero teraz? Dlaczego tag #cialopozytywne nie ma już za sobą długiej i obfitej kariery wśród polskich instagramerek i blogerek? Czemu trzeba było dopiero akcji ogólnopolskiego tygodnika („Wysokie Obcasy”), by polskie kobiety odważyły się przyjrzeć tej zagranicznej nowince, jaką jest body positivity? ;-) 

Tak czy owak - oczywiście przyłączam się entuzjastycznie i z tej okazji powstało parę fotek w nowym (choć już starym ;) kostiumie Avy :-)

Przechodząc zaś do spraw ciała - był w moim życiu czas, gdy byłam naprawdę daleka od zachwytu własną powierzchownością. Co więcej, nadal nie jestem nią oczarowana, jednak teraz myślę o swoim ciele w kompletnie innych katergoriach, niż w czasach, gdy byłam nastolatką. Teraz moje „niedoskonałości” nie definiują mnie ani niczego mi nie narzucają.

Nawiasem mówiąc, czy nie uważacie, że młodym ludziom bardzo przydałyby się warsztaty z body positivity? Nie kazania typu „uroda nie jest w życiu najważniejsza”, które dostawałam ja, i które nie dały mi kompletnie nic, bo były zupełnie obok tematu i poza moim zrozumieniem. Coś, co odwoływałoby się do prawdziwych doświadczeń, lęków i niepewności przeżywanych przez młodego człowieka w związku z ciałem i ogólnym poczuciem wartości. Mam wrażenie, że gdzieś tu popełniany jest jakiś potężny błąd, który skutkuje rzeszami zakompleksionych do końca życia kobiet (i nie tylko kobiet)... Spośród tych kobiet rekrutują się także hejterki narzekające nie tylko na siebie, ale także z upodobaniem umniejszające wartość innych, łudzące się, że dzięki temu poczują się lepiej. 

 

 Wybaczcie obcięte nogi, to była totalna improwizacja balkonowa :-) Podobają mi się te majtki z troczkiem (nawet nie bardzo za niskie). 

 

Moje ciało to ja 

Tak w ramach małych „warsztatów” z bo-po podzielę się z Wami ćwiczeniem, które wykonałam kiedyś zupełnie przypadkowo. Wyobraziłam sobie, że zmieniam swoje ciało na inne, idealne, wymarzone. Zaczęłam się zastanawiać, jak powinna wyglądać ta moja wyśniona figura, z której byłabym wreszcie zadowolona: projektowałam sobie nową twarz, włosy, biust, biodra, brzuch, nogi... Po drodze okazało się, że to wcale nie takie łatwe: wyobraźnia zaczęła mnie zawodzić i ogólnie czułam się coraz gorzej. Nie wiedziałam dlaczego, aż w końcu zrozumiałam: tworząc w umyśle ten ideał, wymazałam samą siebie. Zrobiło mi się smutno. Czy moje ciało naprawdę zasłużyło na to, bym skazała je na niebyt, zapomniała o nim, wyrzuciła na śmietnik tę jedyną na świecie, niepowtarzalną kompozycję? 

Poczułam w sobie wielką niezgodę na ten stan. Odrzucając to ciało, zanegowałabym część mnie. Dlaczego i po co tak siebie krzywdzę? Aby ustąpić tym wszystkim, którzy chcieliby, bym była wiecznie niezadowolona z mojego ciała, żebym starała się je poprawić, by wyglądało „lepiej”, bez względu na to, czy jest to realne, sensowne, zdrowe? Oni najczęściej wcale mnie nie lubią ani nie chcą dla mnie dobrze. A ja nie chcę obudzić się rano i zobaczyć w lustrze innej Kasicy. Bo to już nie byłabym ja! Nie muszę być zawsze sobą zachwycona, mam prawo czasem ponarzekać na to czy owo. Ale to tylko detale. Moje ciało to ja - i nie chcę innego.

 

Niektórzy od razu poznali, że sieć w tle nie jest bynajmniej rybacka. Po prawej - bohaterka bocznego planu :-) 

 

Życie jest już

Wieczna i jakże często nieudana pogoń za tym doskonałym „ciałem plażowym” (ach, jak się cieszę, że dzieckem będąc zakochałam się w górach i plaże mnie nie obchodziły...) to tylko jeden z przejawów zjawiska, które nazwałabym mentalnością Nie Teraz. Nie teraz - powtarza nam co chwila wewnętrzny krytyk. Nie jesteś jeszcze wystarczająco piękna, zgrabna, szczupła, zdrowa (a także: mądra, wykształcona, silna...), by spełnić swoje marzenie. Na pewno psychologia tudzież kołczing mają już na to swoją nazwę i fachowy opis. Ja mam reakcję: Wkurza Mnie To!

Odnosząc się do spraw ciała - wkurzają mnie zdania typu „Nie teraz, ale kiedy już schudnę...”, „Kiedy już zrobię sobie zabieg X”, „Gdy już nabiorę kondycji” czy „Kiedy dzieci dorosną”. To kupię sobie sukienkę, dobiorę sobie stanik, odważę się włożyć bikini, pójdę na górską wycieczkę, zacznę kupować ciuchy dla siebie. Kiedy już... - ale nie teraz. Nie mogę patrzeć na smutne, nieszczęśliwe osoby, które wylogowują się z życia i wszystkiego sobie odmawiają, tracąc bezcenny czas teraźniejszy. Owszem, współczuję, ale też mam do nich pretensję, bo takie nastawienie kształtuje rzeczywistość w sposób, który mi nie odpowiada. Czy to nie im pośrednio zawdzięczamy mały wybór ciuchów plus size w sklepach, skoro z kupnem czegokolwiek czekają do mitycznego schudnięcia? Czy to nie przez nie potencjalna producentka ubrań w większych rozmiarach mówi: takie coś się nie sprzeda, bo jest za kolorowe, a to POGRUBIA, oraz nie zakrywa grubych rąk i nóg, panie tego nie kupią - albo: na tym kliencie nie da się zarobić, bo kupuje tylko najbardziej podstawowe rzeczy. 

Zwykle za bardzo mi tych osób szkoda, ale najchętniej potrząsnęłabym nimi, zadając pytanie: A CO JEŚLI NIGDY? A co jeśli nigdy nie schudniesz, nigdy nie zmienisz się w ideał urody i siły, a co jeśli nigdy nie będziesz miała więcej czasu niż teraz. Co jeśli jutro ciężko zachorujesz i nie będziesz już mogła zrobić żadnej z tych rzeczy, które odkładasz? Kiedy zamierzasz ŻYĆ? 

 

 

Nie trać czasu na „nie teraz”. Zrób teraz to, co chciałaś zrobić „kiedy już”. Życie nie trwa wiecznie - czas wyjąć to zdanie z worka banałów i je nareszcie zrozumieć. Być może nigdy już nie będziesz wystarczająco szczupła i piękna. A na pewno - nigdy już nie będziesz młodsza. Więc na Jowisza, dobierz sobie ten stanik, kup sukienkę i idź na plażę, jeśli zawsze o tym marzyłaś. Świat nie jest tylko dla szczupłych, pięknych i tych, co „już”. Świat, jak plaża, jest dla wszystkich.

piątek, 09 czerwca 2017

Sofie_Gorteks_selfie_0000_b

Nudny nudziarz? No chyba NIE U MNIE! :-)

 

Po kolorowych szaleństwach i sroczych migotaniach czas na coś odważniejszego :-D Stanikomaniaczki miewają do beżu stosunek ambiwalentny - jest ultrapraktyczny, ale dla części z nich symbolizuje bieliźniany konserwatyzm i mały wybór. Co jakiś czas jednak zdarza mi się beżak, który usuwa te skojarzenia. Sofie nie jest najbardziej typowym, czysto funkcjonalnym korpo-nudziarzem. Po pierwsze - jest obficie haftowana, po drugie - zawiera granatowy kontrast, a po trzecie - jest delikatna i urocza. Dzięki temu może łatwo grać rolę stanika terapeutycznego dla antybeżowców :-)

 

 

Gorteks - Sofie, rozmiar: 85H, krój: B201 [Rozmiary: 70-95B, 65-95C, 65-100 D-F, 65-95G, 65-90H; cena biustonosza w sklepie myBra.pl: 98,90 zł, cena fig 45,90 zł; komplet został mi dostarczony przez producenta]

 

Estetyka

Po pierwsze - odcień. Jaśniutki, takie bardzo mleczne latte, w sam raz dla mojej bladawczej skóry, przyjemnie znika na ciele. Sofie jest mgiełką prawie totalną - pojedyncza warstwa tiulu, tylko w bocznym panelu podszyta dodatkową wzmacniającą warstwą również przejrzystej siateczki (o innej wielkości oczek, dzięki czemu nie ma nawet śladu efektu mory). Przyjemne hafty składają się z esów-floresów również w beżu, oraz granatowych gałązek. Podoba mi się taki biust zapakowany w drobne kwiatki :-) Całość kojarzy mi się... a jakże, z marką Fantasie, właściwie wzory na jasnym tle prawie zawsze mi się z nią kojarzą ;-)

 

 

 

Brawo za próbę uzyskania idealnej symetrii haftu na obu miseczkach. Bardzo to doceniam. Nie udało się może co do milimetra, ale wrażenie optyczne jest całkiem OK. Bardzo mi się podobają krawędzie górna oraz dolna, z karbowanym brzegiem. Góra jest podszyta silikonowym paseczkiem, którego jednak praktycznie nie widać. 

 

 

Dobrej jakości ramiączka z przyjemnym lśniącym paskiem wzdłuż, bardzo porządne trzyhaftkowe zapięcie (w miseczkach poniżej F mamy dwie haftki). Tył jest z porządnej jakości powermeshu.  

 

 

Podsumowując, bez lukśnej francuskiej koronki ani szwajcarskiego haftu dało się osiągnąć zupełnie przyjemny dla oka efekt :-)

 

Dopasowanie

Lubię Gorteks za to, że gdy zamawiam 85H, otrzymuję brytyjskie 38FF, co jest całkowicie zgodne z przelicznikiem na metce ;-) W przypadku Sofie nawet nie czuję specjalnie, że lepsze byłoby 80I (którego niestety już w tym modelu nie ma - rozmiary sięgają do H). Dlatego stawiam już maxa, choć mogłabym narzekać, że powinno przecież pasować 80H. Gorteks jest firmą stosunkowo małomiskową w porównaniu z wieloma innymi polskimi firmami (trochę przypomina mi duńską Change), ale rozmiary są - w mojej ocenie - przewidywalne, i to jest fajne. 

 

 

Kształt

Sofie nie ma rozciągliwych miseczek jak model Cleo tej samej marki, dzięki czemu skuteczniej podnosi biust. Nie daje kształtu typu „na maksa w górę i do przodu”, ale zbiera, nie rozstawia. Lekko przypłaszcza w charakterystyczny dla tego kroju sposób - nie od przodu, a bardziej od góry, choć nie od samej góry, krawędź bowiem nie wcina się w biust ani nie zamyka go, wręcz lekko odstaje. Ta kanciastość jest jednak na tyle niewielka, że zupełnie mi nie przeszkadza (bardziej przeszkadza mi w modelach usztywnianych, które ewidentnie nadają się dla biustów pełniejszych u góry/o wyższej podstawie niż mój  - jeśli ktosia takowy posiada, może cieszyć się Sofią także w wersji usztywnianej B402 :-) ). 

 

 

[Fotek w koralowce nie sponsorowała polska firma Yes to Dress. Tej sukienki już nie ma, ale są inne :-)]

 

Konstrukcja i podtrzymanie

Sofie to nieprzesadnie zabudowana trzyczęściowa balkonetka, na tyle nieprzesadnie, że, jak widać na fotkach wyżej, robi nawet trochę dekoltu. Lubię Gorteksy B2 także za to, że zupełnie nie mają tendencji do włażenia miseczką pod pachę. Wszystki kończy się tam, gdzie powinno. Fiszbiny nie są za wąskie ani za krótkie, tylko w sam raz. 

 

 

Podoba mi się, że nie zastosowano tu bocznych slingów wszytych do wewnątrz, tak jak w Cleo, Pameli czy Marilyn, moim zdaniem podszycie całej bocznej części miseczki działa lepiej. 

 

 

Podtrzymanie nie jest pancerne, ale normalne. Tył porządnie pracuje i moim zdaniem lepiej trzyma, niż w Cleo i Pameli. Wcale nie mam wrażenia, by to 85 było na mnie za duże - myślę, że właśnie dzięki tej dobrej dzianinie z tyłu. Nierozciągliwe miseczki dają radę.  

 

Wygoda

Wygodniczek całkowity - nie mam najmniejszych zastrzeżeń. Bocznie fiszbiny są niewyczuwalne, mimo że nie wszyto ich pod gumki. W noszeniu końcówki usztywnień odstają od ciała i pewnie dzięki temu mogę o nich zapomnieć. 

Sofie jest cieniutka i przewiewna - latem na pewno nie raz skorzystam z tej cechy :-) 

 

 

Do kompletu - figi, rozmiar 44

 

 

Jestem bardzo zadowolona z majtek! Są prawie tak wysokie, jak trzeba ;-) Zgrabne, ładne i wygodne, górna część jest półprzejrzysta i wcale bym nie obraziła za przejrzysty tył, ale widocznie komplet Sofie jest jednak pomyślany bardziej jako codzienniak, niż kusidełko. A szkoda, moim zdaniem ma subtelnie kusidlany potencjał :-) 

 

Galeria

Zachęcam do zajrzenia, bo Zośka jest bardzo fotogeniczna i lubi zbliżenia! :-)

 

 

Podsumowanie

Bardzo miły jest ten kolejny miękkus od Gorteksu. Lepiej podtrzymujacy i podnoszący od Cleo i Pameli, subtelniejszy od Marilyn. Niestety, firma trochę mnie rozczarowuje małą liczbą miękkich modeli w kolekcji. W nadchodzącej jesiennej nie znalazłam żadnej miękkiej nowości oprócz kolejnego koloru Pameli :-( A nie miałabym nic przeciwko jakiejś następnej wersji Sofie, że o Cleo nie wspomnę, które co prawda szalonym podnośnikiem nie jest, ale ma inne zalety. Może kolejna wiosna przyniesie coś miękkiego? Miłośniczki usztywnianych modeli za to znajdą dla siebie sporo. 

 

Uwaga, promocja!

Sofie można kupić oczywiście w sklepie firmowym Gorteksu, ale zaprzyjaźniony sklep myBra oferuje nam go w promocji. Przez najbliższy tydzień czyli do 16.06 możecie kupić stanik oraz majteczki Sofie ze zniżką 10% na kod SOFIE2017. Polecam :-)

Ciekawa jestem, czy także przypadła Wam do gustu ta „nudziara” i czy też uważacie ją za nie tak znowu nudną ;-) Czy też lubicie latem takie delikatne, komfortowe zwiewności? :-) 

czwartek, 01 czerwca 2017

Stylóweczka nr 1: rurzowo-rzułta. Niczego nie sponsorowały marki: Freya, Solar, Les Nereides (N2)

 

To będzie trochę buntowniczy wpis o stylu, ciele i jego wieku, tym co medialne, a co ciągle nie - i o tym, jak rozwalać system ;-)  

Gdy wchodzimy za młodu w świat mody i urody, od razu otrzymujemy mnóstwo norm i wskazówek: co powinnyśmy nosić, co jest mniej chętnie akceptowane, a czego nam na pewno nie wolno: w ubiorze, bieliźnie, makijażu, dodatkach. Standaryzacja wyglądowa członków ludzkiej społeczności jest nam chyba potrzebna - czujemy się bezpieczniej w towarzystwie ludzi w miarę podobnych. Dzięki temu spada nam codzienny poziom stresu, którego i tak mamy nadmiar. 

Jednak, że polecę banałem - co za dużo, to niezdrowo. Czasem te ograniczenia bardziej krępują, niż wytyczają bezpieczną ścieżkę, choć nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. Chyba każda z nas miała w życiu moment, gdy myślała o zrzuceniu mundurka, sprawieniu sobie tej falbaniastej kiecki, o której zawsze skrycie marzyła, a która „nie pasuje do jej typu sylwetki”, założeniu wreszcie tej impulsowo zakupionej tęczowej bluzki, na którą nigdy „nie było okazji”. O odrobinie kreatywności, choćby sprowadzała się ona do ustrojenia się w naszyjnik z jednorożcem w różowym sweterku czy w neonowo żółty komplet bielizny. 

Ponieważ wkraczam już w wiek, w którym zauważam, że mój osobisty wizerunek coraz bardziej odbiega od tego, czego oczekuje ode mnie Społeczeństwo, a wszystkie oburzone artykuły o ejdżyźmie przestają być abstrakcją, która mnie nie dotyczy - czuję, że muszę coś powiedzieć w tej sprawie. 

 

Co wypada poważnej kobiecie

(Na pewno nie biust ze stanika, jeśli stanik jest właściwie dobrany! ;-) )

Jeśli jesteś, droga Czytelniczko, jeszcze młoda - to być może opisane wyżej wyskoki wydają ci się jeszcze dozwolone. Jeśli masz, tak jak ja, lat czterdzieści i parę, to zapewne przerobiłaś już swoją porcję dobrych rad z czasopism, poradników i telewizora o tym, „co wypada” kobiecie w Pewnym Wieku. Z twojego legalnego  repertuaru modowego znika pomału wszystko, co radosne, kolorowe i tak zwane młodzieżowe - a jeśli pracujesz w codziennym kontakcie z ludźmi, to również „nieprofesjonalne”. Akceptujesz to bez szemrania, bo przez całe swoje modowe życie byłaś przyuczana do kierowania się dwiema zasadami w kształtowaniu swego imydżu: masz być Poważna (w końcu jesteś dorosła i profesjonalna) oraz Atrakcyjna (by default, dla heteroseksualnego mężczyzny). Nie ma w tym za bardzo miejsca na inwencję, zabawę kompozycją, łączenie kolorów, z których żaden nie jest neutralsem, nie mówiąc już o zestawianiu dwóch różnych wzorów w jednym outficie. Takie zabawy dobre są dla przedszkolaków, nie dorosłych kobiet. Znajome?

Jaki to ma związek z bielizną? Powiecie: przecież pod spód można założyć cokolwiek. Można pojechać jaskraworóżowymi falbankami albo nadrukiem w kotki, gdy na wierzchu korpomundurek. Bo i kto nam zabroni. Za to oczywiście kocham bieliznę - że pozwala nam w tej bardziej prywatnej, najbliższej ciała sferze na znacznie więcej niż jakikolwiek dress code. Dla wielu z nas jednak jest to czysta teoria. Bo większość kobiet pod korpomundurkami ma korpostaniki. 

Może to przymus bycia poważną sięga tak głęboko, a może przyczyną bieliźnianej uniformizacji jest zwykły niedostatek opcji. Jak już wiele razy narzekałam - bielizna jest wciąż najbardziej konserwatywnym działem mody. I o ile cokolwiek się tu zmienia i niektórzy projektanci wpadają już na pomysły typu stanik w arbuzy albo majtki z kocim pyszczkiem, to... są to rzeczy z reguły kierowane do bardzo młodego segmentu populacji, o stosownej dla niego rozmiarówce (stereotypowo - małej) oraz poziomie konstrukcji i trwałości (niskim). Tak więc, jeśli nie masz dziecka i swojej żądzy posiadania komplecików w żabki nie zaspokajasz kupując śpioszki - masz przekichane. Siedzisz w szufladzie pełnej nudy oraz, co najwyżej, tradycyjnej seksowności, która od wieków niezmiennie kręci się wokół czerni, czerwieni i koronek. 

 

Droga Dzidzi Piernik

Dzidzia Piernik to pogardliwe określenie starszej kobiety strojącej się w infantylne - innymi słowy: kolorowe, błyszczące i choć trochę efektowne - fatałaszki. Boi się go każda czterdziestolatka walcząca z pragnieniem zafundowania sobie bluzki w kotki albo wyjścia z domu z różową torebką. Samo jego istnienie świadczy o tym, że kobiety w Pewnym Wieku skrycie marzą o tym, czego już im nie wolno. I czasem mają dość - wkładają tę żółtą kieckę i kolczyki z pszczółkami i tak idą w świat. 

 

Stylóweczka nr 2: niebiańskie kotki. Sponsorowania nie podjęły się marki: Change, Tatuum, Les Nereides (N2).

 

A więc, fanfary: jestem jedną z tych ostatnich - Dzidzią Piernik. I nie planuję przestać nią być. Jak widzicie na moich zdjęciach, zwłaszcza tych „z głową” - piernictwa ukryć się nie da, i proszę, nie mówcie mi teraz w ramach komplementu, że na swój wiek nie wyglądam. Wyglądam. I nie chcę słyszeć komplementów w tym stylu - bo chcę przyczyniać się do tworzenia świata, w którym manie czterdziestu czterech lat nie jest obciachem. 

Moje dzidziopiernictwo dotyczy zarówno stroju i dodatków (kotki mi niestraszne), jak i bielizny. W tej ostatniej nie mam nigdy zamiaru odmawiać sobie mocnego koloru, skoro już szczęśliwie zaczął mi on być oferowany przez przemysł bieliźniarski. W moim rozmiarze da się już kupić praktycznie wszystkie kolory, choć o niektóre łatwiej, a o inne - znacznie trudniej. 

Nie mam też zamiaru ograniczać się ani do tego, co mi podobno wypada, ani tego, co mi rzekomo pasuje. Analityczki kolorystyczne i styliści sylwetkowi nie są dla mnie autorytetami w dziedzinie tego, co powinno mi się podobać, a co nie. To ja tu jestem ekspertem. Moja metoda na „jak sie ubierać” jest prosta: bierzemy to, co z wieszaka czy to stacjonarnego, czy wirtualnego woła do nas „Wybierz mnie! Mnie!”. A czasem i to, co nie woła, albo wręcz warczy na nas z daleka. I zwyczajnie sprawdzamy, jak się w tym czujemy. Im więcej tego sprawdzania, tym lepiej. W ten sposób oswajamy się ze swoim wyglądem w różnych rzeczach i pomału wyrzucamy z głowy coraz więcej schematów. 

Tę metodę - którą zresztą dokładnie opisała autorka artykułu „Toddler Grandma Style, The Fashion Approach That Will Set You Free”, który ostatnio przeczytałam, stosuję szczęśliwie od lat (nie ukrywam, że ów tekst był jedną z inspiracji do tej notki). Polecam Wam m.in. listę na końcu, zawierającą takie perełki, jak „Nie musisz się ograniczać do jednego jaskrawego koloru” oraz „Możesz nosić broszki! Możesz nosić WIĘCEJ NIŻ JEDNĄ NA RAZ!” :-) 

Droga Dzidzi Piernik nie musi oczywiście koniecznie wieść pośród majtek w biedroneczki ani różowych torebuś (sama niektórych słodkich motywów, jak misie i lizaki, wręcz nie znoszę). Nie chodzi o żaden konkretny styl czy rekwizyty. Chodzi o wolność. Akurat żywe kolory i słodkie wzorki są tym, czego najczęściej się nam zabrania, gdy jesteśmy dorosłe, ale przecież w naszych głowach siedzi dużo więcej ograniczeń. A kto jest całkowicie poza ograniczeniami? Dzieci, które jeszcze nie muszą być Poważne, i staruszki, które już nie muszą być Atrakcyjne. Toddler Grandma Style. 

 

Ciała wyklęte?

Autorka „Stylu Dzidzi Piernik” pisze, że paradoksalnie wyzwoliło ją jej własne ciało. „Nie mam ciała modelki ani ‘wieszaka na ubrania’. Gdyby uczestnicy ‘Project Runway’ zostali poproszeni o stworzenie sukienki dla mnie, zapewne rzuciliby się pod autobus. Nie jestem ani wysoka, ani szczupła”. Jej sylwetka jest na tyle daleka od kanonów piękna, że paradoksalnie jest postrzegana jako ta, której więcej wolno - bo i tak nie pasuje do wzorca.

 

Stylóweczka nr 3: sweet eighties. Sponsorowała przykładnie marka Cleo by Panache, a migały się: Esprit, Forever 21 Plus Size

 

Wrażenie to jest mi bliskie. Jeśli interesuje Was filozofia ciałopozytywności (body positivity), to zapewne obserwujecie społeczności, blogi i marki prezentujące różnorodne ciała. Na przykład firmy bieliźniarskie (takie jak Curvy Kate z marką Scantilly, czy seksowna Playful Promises), które często udostępniają na swoich profilach zdjęcia publikowane przez użytkowniczki ich bielizny - w tym blogerki czy modelki plus size. Nie każdy jednak na pierwszy rzut oka zauważy, że większość tych miejsc czy profili preferuje jeden-dwa typy sylwetki: boską klepsydrę tudzież powabną gruszkę, gdzie nawet sporemu rozmiarowi towarzyszy płaski brzuch i wąska talia. Rozejrzyjcie się wokół siebie, a zauważycie, że bardzo wiele kobiet ma zupełnie inną budowę. Brzuchy Istnieją, nawet w małych rozmiarach, a co dopiero w tych większych. Istnieją mega brzuchy przy wąskich biodrach, małe piersi w rozmiarach bardzo plus. Nie zobaczycie ich jednak na bieliźniarskich instagramach. A jeśli przypadkiem jesteście blogerką czy też po prostu lubicie czasem pokazać się w soszal mediach bez ubrania, to Nikt Nie Repostnie Waszej Foty. 

Nie zobaczycie też kobiet starszych niż dwudziestoparoletnie, albo młodo wyglądające trzydziestolatki. Jeśli już pojawi się ciało bardziej wiekowe - będzie ono zawsze szczupłe (swoją drogą - zdjęcia z kampanii Ageless Fashion marki Playful Promises są naprawdę piękne). Baba z nadwagą po czterdziestce rozebrana do bielizny? Zapomnijcie! Nie będą nam takie staruszki ani grubaski psuły wizerunku. 

Wygląda na to, że ciałopozytywność ciałopozytywnością, a tymczasem wciąż propagujemy dość wąski zakres tego, co akceptowalne. Wszystko, co poza - nie doczekało się wciąż reprezentacji. Co mogę z tym zrobić? Rzecz jasna, jako zdeklarowana Dzidzia Piernik z blogiem i klawiaturą w ręku rozwalać system, choć nie ułatwia mi tego wrażenie, że jestem sama na placu. Proszę, pokażcie mi blog o bieliźnie (z fotkami) prowadzony przez kobietę ponadczterdziestoletnią. Pokażcie mi blogerki modowe starsze niż 30 lat i niemające ciał modelek. Ile ich jest? Może właśnie dzięki temu brakowi wzorców do naśladowania (poza kanonem „co wypada w pewnym wieku”) weszłam na drogę Dzidzi Piernik, która wszystko musi - i może! - wypróbować na sobie, nie oglądając się na innych. 

Czego i Wam życzę. Przynajmniej, gdy już będziecie takie stare jak ja - a może nawet wcześniej :-)

 

Acknowledgements: I am perpetually grateful to Buttercup Rocks, the charming author of the Buttercup's Frocks fashion blog for inspiring a lot of my style choices and for introducing Les Nereides to me :-) Special thanks goes to Cynara Geissler for writing probably the most brilliant essay on style I have ever read.

Archiwum
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...