piątek, 30 lipca 2010

Mało było ostatnimi czasy słychać w naszej części świata o australijskich i nowozelandzkich producentach DD-plusowych. Niemal dokładnie trzy lata temu zachwyciłam się marką Fayreform, znaną z pięknych, klasycznych designów, luksusowej jakości i dość wysokich (przynajmniej poza australijskim e-bayem) cenach. Trochę zasmuciła mnie wiadomość, że Australijczycy jakoś nie dają się namówić na wejście na polski rynek, zwłaszcza że Fayreformy prawie zniknęły z najpopularniejszych brytyjskich online-szopów. Z tym większym zainteresowaniem obserwuję nową markę, która przyszła na świat zeszłej jesieni jako najmłodsze dziecko spółki Bendon, właściciela m.in. marek Fayreform, Bendon Sport i Elle Macpherson Intimates.

DimitySO (toznaczyCO? Kto wie, proszę się podzielić!) po raz pierwszy wpadło mi w oko oczywiście na Figleavesach, gdzie pojawiła się niejaka Melancholy Diva. Kupić się nie odważyłam, ale zafrapował mnie krój, odbiegający nieco od tych kilku najpopularniejszych konstrukcji powielanych w nieskończoność przez większość marek DD-plusowych. Po Divie przyszedł Złodziej Wstążeczek, do którego wyjątkowo dobrze pasuje fraza z opisu: „modern style with a vintage twist”, a także „floralki” utrzymane w zgaszonej, wintydżowej kolorystyce (Counting Petals).


 

DimitySO to jednak prawdziwy przyczajony tygrys, bo, jak można się dowiedzieć choćby z markowej strony, kolekcja od jesieni zdążyła lawinowo wprost urosnąć, sięgając liczby trzydziestu kilku modeli. Ruszył też profil marki na Facebooku, z którego pochodzi fotka, mogąca wg mnie kandydować do tytułu Najgorszego Zdjęcia Biustonosza Roku:


 

Większość zdjęć obecnej kolekcji prezentuje się na szczęście lepiej. Niestety, obejrzenie jej w całości na markowym sajcie jest maksymalnie niewygodne, albowiem modele można przeglądać tylko pojedyńczo. Mozolnie udało mi się policzyć, że do miseczki J dostępne są tylko dwa modele (Bon Vivant różowo-kremowy i brzoskwiniowo-kremowy oraz śliwkowy Diamond Affair z półprzejrzystej koronki; zwróćcie uwagę na szerokie, ale nie siermiężne ramiączka), reszta to standardowe D-G.

Najciekawszy w nowej marce wydaje mi się design. Mamy tu znane z Fayreforma stonowanie kolorów, połączone z wspomnianym wyżej „twistem”. Z drugiej strony, wiele modeli dość blisko przypomina tę starszą markę. Czyżby DimitySka była po prostu nieco odmłodzoną Fayreformką? Niestety mam wrażenie, że mimo identycznej ceny, Fayreformy wygrywają subtelnością i jakością. Ale może się mylę? (z lewej - Fayreform, z prawej - DimitySO).


 

A najbardziej ze wszystkiego jestem ciekawa, czy konstrukcje DimitySO zostały przetestowane na potencjalnych nosicielkach. Czy sprawdzają się równie nieźle, jak Fayreformy? Jak leżą na rozmiarach większych niż u fotomodelek na stronie? Niepokoją mnie zwłaszcza te szerokie mostki...

Niestety jedyny materiał video, jaki udało mi się znaleźć, skupia się raczej na sesji i modelkach, niż bieliźnie. Firma obrała sobie bowiem niecodzienną formę promocji - zaangażowano do tego celu trzy dziewczyny-blogerki, które, jak głosi opis filmiku, są „totalnie różne, ale co je łączy? Żadna z nich nie mogła znaleźć bielizny, która pasowała by na ich większe biusty oraz spełniała ich stylistyczne wymagania”. Zresztą, zobaczcie same:


Wróćmy jednak do świeżej kolekcji. Mimo dominującej spokojnej nuty kolorystycznej jest bardzo różnorodna - zawiera biustonosze balkonetki, m.in. z pionowymi cięciami, głównie miękkie (często przejrzyste), choć są też sztywne miseczki formowane; spotkamy też trochę plandży. W niektórych kompletach są dostępne body (np. Earl&Gun) czy też koszulki (niektóre z wbudowanymi miseczkami, np. White Note, i w rozmiarówce stanikowej), a i majtki bywają urodziwe.


 

Kolory to nie tylko stonowane róże, szarości i kremy oraz czerń, ale też np. czerwony (Heartbeat Cherry):


 

Na kwiatowych nadrukach znajdziemy zarówno bardziej zgaszone (Ruby Sweet), jak i świetliste (Vivid Light) tonacje (Vivid Lighta można też kupić w Figleaves):


 

Moje ulubione turkusy (Temper Temper) i fiolety (Pepper Dream) też mają swoją reprezentację:


 

A na zakończenie szczypta klasyki - subtelna koronka, bogaty haft, zgrabny krój (różowy miękki Pepper Dream, czarny Last Dance):


 

Jestem ciekawa, czy któraś z Was miała już do czynienia z DimitySO? Czy znajomość warto rozpocząć od Glum Pixie (na Jowisza, czym jest „glum”?) czy też odważnie - od Brave Bouquet? ;-)

[Zdjęcia wykorzystane w notce pochodzą ze stron: sklepu Figleaves, marki DimitySO.]

środa, 21 lipca 2010

Polskie firmy bieliźniarskie przez lata nie rozpieszczały nas estetycznie, w tym - kolorystycznie. Jeśli już któraś podejmowała niebotyczne ryzyko wyprodukowania czegoś na literę dalszą niż D, poprzestawała na beżowo-biało-czarnym kanonie, a o turkusach, chabrach czy szkarłatach mogłyśmy tylko pomarzyć (albo pójść po nie do sklepów brytyjskich). Niektóre marki co prawda zaczęły w końcu oferować barwne D-plusy, ale zarówno zakres rozmiarów, jak i jakość kroju i materiałów pozostawiała wiele do życzenia.

W końcu jednak coś drgnęło w polskich D-plusach. Jedną z prekursorek owego ruchu jest firma Dalia, która po opracowaniu cenionego przez wiele biuściastych kroju o kryptonimie K-24 i pokazaniu nam go - najpierw ostrożnie, w kolorach podstawowych - poszła w istną barwną dżunglę. Już przy okazji recenzji Czarnego Kaszmiru obiecywałam Wam słówko o jego papuzich koleżankach i niniejszym dotrzymuję słowa.

Warto jeszcze przedtem zauważyć, że klasycznie ubarwione „półsztywniaki” Dalii zostały opracowane dość starannie, również pod względem estetycznym. Nie ma więc mowy o samospełniającej się przepowiedni, którą tak dobrze znamy: firma po wiekach ociągania opracowuje wreszcie jakiegoś D-plusa, lecz nieprzetestowana konstrukcja i smętny design przesądzają o jego losie: model się nie sprzedaje, a firma kończy eksperyment radosnym „aniemówiliśmy, że nic z tego nie będzie”. Kaszmir czy Olimpia to nie żadne namioty, lecz biustonosze ładne, porządnie wykończone, atrakcyjnie eksponujące biust. Podobnie zachowują się ich kolorowe siostry.


Blaski i cienie K-24

Nie będzie to klasyczna recenzja, bo papużki są na tyle podobne do czarnego kuzyna, że musiałabym się powtarzać. Valeria, Claudia, Emily i Alize w rozmiarze 75I tak samo skutecznie kształtują biust w ładne kulki, stabilnie go podtrzymują i podnoszą, w czym pomaga szeroki pas obwodowy z porządnej dzianiny.

Niestety, mają także identyczne mankamenty. Jak już wspomniałam przy Kaszmirze, fiszbiny są wąskie, a miseczki idą dość wysoko w kierunku pachy. Gdyby moje piersi były choć odrobinę większe, musiałabym powiększyć rozmiar miseczki i narazić się prawdopodobnie na uwieranie w tej okolicy. Dlatego K-24 wydaje mi się krojem dla średniej strefy dużych biustów, i raczej dla miłośniczek wąskich fiszbin. W mojej strefie rozmiarów sprawdza się dobrze - nosiłam wszystkie cztery dziewczyny i nie mam powodów do narzekań, bo szczęśliwie z fiszbinami załapałam się „na styk”.

Skoro już wiemy sporo o wadach i zaletach kroju, możemy spokojnie skupić się na estetyce.


Szmaragdowa Valeria

Ten ptaszek trafił do mnie najwcześniej. Pierwsze wrażenie w przymierzalni: wielkie WOW! Polski biustonosz w pięknym odcieniu szmaragdu, do tego jeszcze z haftem i srebrną nicią - istny szał dla takiej sroki, jak ja - nie sądziłam, że się czegoś takiego doczekam. I chyba to pierwsze wrażenie przesądziło o tym, że Valeria stała się moją ulubioną Dalią.


Po początkowym zachwycie przyszło otrzeźwienie - efektowna, wręcz efekciarska Valeria mogłaby być bardziej dopracowana w szczegółach. Odcień dzianiny boków nieco różni się od koloru przodu stanika. Hafty mogłyby być subtelniejsze i miększe - co prawda w pierś nic nie drapie, ale z zewnątrz biustonosz jest dość plastikowy w dotyku. Można było też zadbać o lepsze kokardki - ech, dodatki nie są mocną stroną większości polskich firm. Z rezerwą odnoszę się też do zdobionych ramiączek - z jednej strony dobrze, że ktoś zadbał o ich koordynację z całością, z drugiej - tak kontrastowe hafty zarówno na miseczkach, jak i ramiączkach to już chyba „dwa grzyby w barszcz”.

Chętnie powitałabym bardziej stonowaną wersję Valerii - z zachowaniem kolorów (blady róż i jasny turkusik całkiem dobrze „idą” z zielenią), lecz spokojniejszym wzorem i subtelniejszymi detalami. Hmm, a jakby tak odpruć wszystkie kokardki i koronkę z ramiączek?


Różowa Claudia


To kolejna strojnisia, tej jednak można, myślę, wybaczyć szaleństwo obfitości ze względu na stonowane, klasyczne barwy: dwa odcienie różu i kakaowy brąz. Wizualnie haft przedstawia się - moim skromnym zdaniem - przepięknie, zwłaszcza w górnej połowie miseczek, bo na dole panuje nieco nieskoordynowany bałagan. Nie wiem, czemu mam taki sentyment do tych małych kółeczek-rozetek, sądzę, że zaraziła mnie nimi marka Fauve. Claudii nie odmawiałabym już ani kokardek, ani zdobień na ramiączkach.


Skoro już wspominałam o Fauve - uroda haftu, zwłaszcza widzianego z daleka, rzeczywiście przynosi skojarzenie z tą marką, z bliska niestety nie jest już tak różowo. W tym modelu chyba najbardziej prosi się o to, by haft nie był w całości wykonany na siatce, lecz aby dolną część miseczek obszyć haftowaną dzianiną, najlepiej o satynowym połysku. Siatka naciągnięta na gąbkę szeleści w dotyku i sprawia sztuczne wrażenie.


Chabrowa Emily

I znowu, rzut oka z daleka - czy to jakaś balkonetka Fauve, jednej z moich ulubionych marek angielskich? Przysięgłabym, że moja stara Amelia miała identyczne hafty. No, powiedzmy, podobne (i nie oszukujmy się, trochę jakby staranniejsze). Kolor to również jeden z moich wymarzonych - nigdy bym nie przypuszczała, że polskie marki zaczną kiedyś spełniać moje marzenie o niebieskim biustonoszu.

I znowu mam ochotę na interwencję w duchu „mniej znaczy lepiej”. To znaczy, odprułabym ozdoby z ramiączek oraz kokardki, zwłaszcza że jedną przycięto krzywo - jakiś fundamentalny problem ze wstążkami mają polscy producenci. Może rację ma nasza firma Avocado, rezygnując z nich prawie całkowicie, skoro częściej szpecą polską bieliznę niż zdobią? Jeśli już kokardki, to zastanowiłabym się nad niebieskimi, a przez skojarzenie z Fauve - poszłabym w wąziutkie wstążki zakończone koralikami.

Kolejny drobiazg - odcień boków oraz ramiączek różni się od koloru miseczek. Niby dość częsty problem, ale skoro już stawiamy na kolory - warto dążyć do perfekcji, zwłaszcza jeśli... cena nie jest wcale taka niska.

 

Atramentowa Alize

Podobno nie spotkacie tych haftów w modelu K-24 nigdzie poza sklepem Li Parie. Rzeczywiście, w katalogu nie ma jej w tej wersji, podobnie zresztą jak Claudii. A hafty są super.

To najbardziej stonowana ze wszystkich opisanych tu papużek i dzielnie walczy u mnie z Valerią o palmę estetycznego pierwszeństwa. Hafty są duże, starannie rozmieszczone i nie sprawiają wrażenia chaosu. I w tym modelu nie mam już ochoty na korekty. Nawet ozdoby ramiączkowe bym Alizie zostawiła, pozostawiłabym też kokardki, ale tu też kusi wymiana na bardziej „lukśne”. Ach, czemuż to nasi projektanci tak rzadko rozumieją, że detal czyni stanik?

 

Aspiracje, ceny i atuty

Daliowe K-24-ki to wydatek od 130 do 159 zł, czyli kosztują niemało. Przykładowe porównanie: biustonosze brytyjskiej marki Masquerade, o dość podobnym zakresie rozmiarowym, są droższe od opisywanych średnio o około 20 zł i wg mnie wygrywają z Daliami jakością materiałów, m.in. brakiem tego nieszczęsnego rozwiązania pt. szeleszcząca siatka na gąbce. Ale wolałabym, przyznam, żeby Dalia zamiast obniżać ceny (jako realistka na razie na to nie liczę), dopracowała materiały i szczegóły designu. Naprawdę szkoda byłoby zmarnować ten potencjał na biustonosze „kolorowe, ale Freye też są kolorowe, za to mają ładniejsze kokardki i nie szeleszczą w dotyku”.

Czym pozytywnym wyróżniają się Daliowe papużki na tle kolorowego bogactwa innych marek? Za atut może posłużyć właśnie krój - nie każdy biust przepadający za usztywnianymi miseczkami (a są takie) „dogada” się z half-cupami Masquerade czy bezszwowymi biustonoszami marek Freya czy Panache. Daliowe semi-softy dają swoiste wrażenie bezpieczeństwa - usztywnienie, zabudowanie, szeroki tył (doskonale leży na plecach). To może być coś dla dojrzałych miłośniczek odrobiny kolorowego szaleństwa.

Ciekawa jestem, co Wy myślicie o nowych Daliach, a także o moich sugestiach designerskich dotyczących obcinania kokardek ;-) Czy dla Was detale też są tak istotne?

 

Uwaga, promocja!

Wszystkie cztery papużki miałam (i nadal mam) przyjemność testować dzięki uprzejmości warszawskiej firmy Li Parie, w której salonie w warszawskich Złotych Tarasach kilka razy z przyjemnością gościłam. Dużą zaletą firmy jest szeroki wybór różnych marek i modeli oraz - co bardzo wg mnie ważne i godne pochwały - gotowość do przeciągania na biuściastą stronę polskich firm bieliźniarskich. To właśnie tam uczestniczyłam w spotkaniu z konstruktorkami firmy Ewy Bien, wcześniej odbywały się rozmowy o poszerzaniu oferty z firmą Samanta, regularnie w sprzedaży znajduje się nasza marka Kris Line.

Stanikomaniaczkom Li Parie z okazji niniejszego spotkania z Daliami oferuje dwie zniżkowe opcje do wyboru: 1) 20% zniżki na Dalie, albo 2) figi do kompletu za połowę ceny! (równie kolorowe, jak biustonosze, rzecz jasna). Promocja jest ważna aż do końca wakacji (!). Należy się, jak zwykle, powołać na hasło „Stanikomania”.

 
1 , 2 , 3
Archiwum
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...