Prezentacje marek

środa, 16 października 2013

Nowe bryt-kolekcje chwilowo troszkę mnie znużyły i poczułam, że nie mogę już dłużej przemilczać postępów naszych rodzimych młodych marek :-) Cudze chwalicie, swego nie znacie - brzmi popularne powiedzenie, a ja uważam, że cudze chwalić warto, jeśli na to zasługuje, a własne... dokładnie tak samo.

Z marką Nessa zetknęłam się niejako od innej strony niż zwykle - nie klientki, lecz przy okazji działalności doradczej dla jednego z naszych e-sklepów. W ramach tejże miałam okazję spotkać się z handlowcem firmy, obejrzeć produkty i porozmawiać o testach. Nessa jest niedużą, młodą firmą ze Śląska i zagadnięte bra-fitterki zgodnie twierdzą, że elastyczną i otwartą na uwagi. Moje wrażenia były podobne.

Jak się zdaje, Nessa znana jest głównie z modeli usztywnianych, jak push-upy i plandże (np. granatowa Malwina). Podobają mi się też bazowe semisofty czyli półsztywniaki - z solidnych materiałów, ładnie zaokrąglające biust (np. Matylda) - kojarzące mi się trochę z pamiętnym Panache Heaven (kto pamięta? :) Nie są to luksusowe modele, ale mają dobrze trzymające power-netowe obwody, co nie jest takie częste u polskich producentów (swoją drogą, zastanawia mnie popularność w polskiej bieliźnie bardzo wiotkich, rozciągliwych dzianin na tyły). Niektóre modele mają kieszonki i wyjmowane wkładki, nawet w miseczkach D+ (np. usztywniana Paula). No i ceny - przyznacie, że 50-60-70 zł za biustonosz nie jest ceną wygórowaną, zwłaszcza dla nas - D-plusek, przyzwyczajonych raczej do cen trzycyfrowych. Rozmiarówki są różne - w semisoftach i softach sięgają nawet miseczki L, co odpowiada z tego, co zauważyłam, okolicom angielskiego HH-J.

Tym, co postanowiłam przetestować i opisać, są modele miękkie. Mam wrażenie, że na rynku wciąż brakuje dobrych miękkusów polskich firm na większe biusty, łatwo dostępnych i w przystępnej cenie. Nie każdą z nas stać na produkty Avocado czy Ewy Michalak, Dalia to w moich okolicach rozmiarowych raptem jeden krój K-26 (mówię o naprawdę dużych miseczkach), Ewa Bien to też dość ograniczona rozmiarówka, a i ceny nienajniższe, podobnie Samanta. Dlatego zamiast przyglądać się jedynie postępom tych, których już znam, stwierdziłam, że warto by było obczaić coś nowego :-)

Przedstawiam Wam zatem dwa codzienne miękkusy - dla dobra nauki postanowiłam przezwyciężyć niechęć do jasnych barw i przetestować je nabiustnie. Swoje wrażenia opisuję w dwóch skondensowanych recenzjach.

 

Rozalia Soft - 80I

Nudziarze, jak wiadomo, zawsze w cenie :-) W Rozalii spodobał mi się przyjemny różyczkowy haft, ale za najbardziej godne uwagi w tym biustonoszu uważam szczegóły techniczne.

Pozytywnie zaskoczył mnie tył Rozalii. Skrzydełka są zrobione z dwóch warstw materiału: wierzchniej gładkiej dzianiny oraz spodniej - elastycznej siatki. Nie jest to może najbardziej pancerny powernet na świecie, ale w duecie z dzianiną tworzy całkiem dobrze pracującą całość. Do tego solidnie trzymające gumki, mocne trzyhaftkowe zapięcie - w ogóle się nie odkształca, a to prawdziwa plaga wśród staników, niestety także renomowanych firm. Podsumowując: duży plus za obwód, bo cała ta kombinacja trzyma bez zarzutu.

W bokach mamy usztywnienia boczne, wszyte pod gumką. Co prawda na dolnych końcach mają tendencję do zwijania się do środka, ale nie uwierają. Właściwy bok, czyli odcinek między owym usztywnieniem a fiszbiną miseczki, jest stabilny, nierozciągliwy (niektóre firmy grzeszą w tym miejscu elastycznymi dzianinkami).

 

Miseczki mają krój niemal do złudzenia przypominający brytyjskie balkonetki z Frei czy Fauve, różniący się za to nieco od Daliowego K-26 pozycją dolnego pionowego szwu (w Dalii zaczyna się on bardziej z boku miski, w Nessie bardziej u dołu). Krój ten lepiej unosi mi biust niż K-26, do tego świetnie go zaokrągla.

 

Fiszbiny są dość wąskie i krótkie, jednak uznaję je za akceptowalne. Nieco gorzej jest w drugim opisywanym modelu.

Ramiączka są wygodne i nieźle podtrzymują, ale są niedorzecznie szerokie - 2 cm. Niestety podejrzewam, że głównie ta szerokość odpowiada za niezłe podtrzymanie, bo są cienkie i wiotkie. Gdyby doszyć do Rozalii ramiączka z takiej samej gumy, ale węższe, prawdopodobnie otrzymalibyśmy niezły bauns... Wolałabym węższe i solidniejsze, poziomem jakości dorównujące tyłowi i zapięciu.

 

Podsumowując - Rozalia ma potencjał na porządny bazowy stanik ostanikowujący polskie biusty do okolic angielskiego GG-H. (rozmiarówka ze strony: 65 E-L, 70 D-K, 75 C-J, 80 B-I, 85 B-H, 90 B-G, 95 B-F). Jeśli chodzi o cenę - nie widzę jakoś tego modelu w sklepach (jest za to na stronie firmowej - swoją drogą wielka szkoda, że brak na niej opisów produktów!), ale inne nieliczne miękkusy Nessy „chodzą” po ok. 70 zł.

Wymieniłabym jej tylko ramiączka.

 

Liwia Soft - 80I

 

Liwia jest trochę ciekawsza estetycznie - ładny odcień kremu z całkiem ciekawym haftem w odcieniach różu - jasnym oraz landrynkowym - oraz szarości, a kokardki z karbowanej tasiemki to miłe odejście od „kwiaciarnianej” estetyki wielu wstążkowych ozdób na polskiej bieliźnie. Za kokardki więc brawo :-)

 

Tyły niestety rozczarowują, i to mocno, w porównaniu z Rozalią - są bardzo rozciągliwe. Co prawda skrzydełka są tu również dwuwarstwowe, ale spodnia warstwa to jakaś pomyłka - jest zrobiona z siateczki o rozciągliwości rajstop. Wierzchnia warstwa jest ozdobna, całkiem ładna, ale na tym kończą sie jej zalety. Nic zatem dziwnego, że tył Liwii ma tendencję do podjeżdżania do góry. Zapięcie jest natomiast bez zarzutu.

 

Usztywnienia boczne również tu występują, końcówki nie zostały jednak wpuszczone pod gumki, lecz naszyte na wierzchu. Co prawda nie czuję uwierania, ale obawiam się, czy nie przebiją się przez dość delikatnie wyglądające kanaliki.

Miseczki mają identyczny krój jak Rozalia, ładnie zaokrąglający. Miałam wrażenie, że Liwia ma węższe fiszbiny od Rozalii, ale to chyba nieprawda - są jednak krótsze i pewnie przez to wyraźnie czuję ich końcówki po bokach piersi. Z tego powodu (oraz z powodu słabego tyłu) niestety nie polubiłam noszenia Liwii - jest mi w niej niewygodnie.

Za ramiączka natomiast daję plusa. Są przeciętnej szerokości, z solidnej sztywnej gumki i niezbyt elastyczne, w dodatku całkiem ładne.

 

Rozmiarówka Liwii Soft jest identyczna, jak Rozalii. Nie wiem, czy ten model można znaleźć w jakimkolwiek sklepie - poszukiwania w sieci zaprowadziły mnie tylko na stronę firmową. Liwia w wersji push-up wydaje się jednak całkiem popularna w sklepach.

Podsumowując, Liwia jest przykładem na to, w jaki sposób niedopracowanie niektórych szczegółów, zwłaszcza doboru materiałów, może niestety pogrążyć całkiem udaną konstrukcję i niebrzydki pomysł estetyczny. Tyły i druty do wymiany - i już byłoby o czym rozmawiać.

 

Galeria

Zapraszam do przyjrzenia się obu modelom. Na stronie firmowej nie znajdziecie takich powiększeń ;-)

 

 

Firma z potencjałem

Podsumowując wnioski z przeprowadzonych badań nabiustnych - powiedziałabym, że jest nadzieja ;-) Jest nadzieja na to, że po dopracowaniu szczegółów softy z Nessy mogą stać się sensowną i tanią alternatywą dla tych z nas, które z jakichś przyczyn - na przykład finansowych - nie przepadają za produkcją brytyjską czy dotychczasowymi propozycjami polskich firm - czy to tych niszowych, czy to bardziej popularnych i zasiedziałych na rynku. Trochę szkoda, że miękkusów tych jest tak mało - może zachęcimy firmę do doskonalenia i poszerzania oferty sofciarskiej? Jeśli zaś chodzi o modele usztywniane - czekam na Wasze opinie :-)

 

Co lubi polski biust?

Niedawno rozpoczął się na Lobby Biuściastych wątek o polskich markach podbijających Wielką Brytanię i inne kraje. Ewa Michalak, Avocado czy Comexim są już znane w środowisku biuściastych blogerek. Na rynek UK jednak wchodzą także mniej niszowe, bardziej mainstreamowe marki: w ofercie Brastopu mamy na przykład nie od dziś Kris Line, niedawno dołączyła Ava, Gaia, Gorteks. W wątku padła teza, że polska bielizna dostosowana jest do oczekiwań polskich klientek, które lubią mocne wypchnięcie biustu do góry, zebranie go z boków i podanie w przód, i rzeczywiście mam wrażenie, że wąskie fiszbiny stosowane w większości polskich firm pomagają taki efekt uzyskać. Mnie to jednak zupełnie nie pasuje - zbieranie wolę zostawić krojowi miski, drut natomiast na pewno musi być na tyle szeroki, by nie uciskał boków moich piersi.

Nie raz już zastanawiałam się, czy faktycznie przeciętna polska pierś jest piersią wąską? Czy krótki drut o wąskim rozstawie jest tym, czego oczekuje polski biust? Sama jestem wybitnym antyprzykładem - potrzebuję szerszych i nie bardzo krótkich fiszbin. Oprócz tego nie wymagam od każdego biustonosza kreowania looku à la stulone jabłuszka. Piersi chcę mieć rozdzielone i co prawda zebrane, ale na pewno nie za cenę wygody (tu na przykład niektóre balkonetki Cleo zaczęły moim zdaniem przesadzać ze ściskiem i wypychem...). Chciałabym, żeby na polskim rynku funkcjonowały różne kształty i kroje miseczek oraz fiszbiny o różnych wymiarach, elastyczności itp. - tak, by każdy biust znalazł coś dla siebie, i żeby takie biusty jak mój także mogły aktywnie popierać polską produkcję ;-)

Co więc Waszym zdaniem lubi polski biust? Na co powinna zwrócić uwagę firma bazująca przede wszystkim na polskim rynku?

Czekam także na Wasze wrażenia dotyczące bielizny Nessa. Czy nosiłyście już biustonosze tej marki? Czy uważacie je za dobre jakościowo? Jakie kroje przypadły Wam do gustu?

 

A, i jeszcze coś, czego nie powinno tu zabraknąć :-)


wtorek, 19 czerwca 2012

Nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy usłyszałam o duńskiej marce CHANGE Lingerie (znanej też jako Change of Scandinavia) - czy od naszych lobbystek prowdzących niemieckie forum, czy też od mieszkanek Łodzi, gdzie można tę bieliznę kupić stacjonarnie. Jako pierwsze napisały o niej dziewczyny z bloga Small Cup w artykule „Bra-fitting po skandynawsku”.

Jak już wiemy, oprócz Danii i Niemiec bieliznę Change można kupić w Polsce, w sklepie firmowym w łódzkim centrum handlowym Port Łódź. Oprócz tego właśnie uruchomiono sprzedaż online w sklepie Intymna.pl, choć ja mam nadzieję, że powstanie kiedyś polska wersja duńskiego sklepu, bo wybór w nim jest znacznie większy. Katalog na aktualny sezon obejrzeć można na polskiej stronie marki.

Nie będąc mieszkanką Łodzi i nie mogąc łatwo sprawdzić nabiustnie, jak też sprawują się te duńskie staniki w mojej strefie tabelki, ucieszyłam się, gdy dystrybutor przed kilkoma tygodniami zwrócił się do mnie z propozycją przysłania próbek do testów. W pierwszej chwili byłam jednak nieufna - rozmiarówka do miseczki J (w niektórych modelach), w wydaniu raczej kontynentalnym, nie brzmi oszałamiająco (raczej - ponieważ istnieje w niej „brytyjska” miseczka DD, D-plusy wyglądają więc następująco: D, DD, E, F, G, H, I, J. Produkowane obwody to 60-100, przy czym nie wszystkie miseczki dostępne są w każdym obwodzie).

Spodziewałam się kłopotów z konstrukcjami, krojami i rozmiarami, które często występują w „końcówce tabeli” w markach doprowadzonych do okolic brytyjskiego G. Najbardziej przychylnie do Change nastawiły mnie ceny - dużomiseczkowe modele można kupić za poniżej 120 zł, a te bardziej małobiuściaste mają nawet ceny dwucyfrowe. „Zmianki” nie są szczytem designerskiego polotu - wzornictwo jest raczej zwyczajne, niejednej stanikomaniaczce może wydawać się nudne - dla niektórych jednak ten konserwatyzm może być zaletą. Dość jednak ogólników - oddajmy głos dziewczętom :)

 

Samantha - 80I


Tego modelu byłam najbardziej ciekawa. Przyciągnął mnie żywy odcień różu, koronka perłowymi elementami i umocowanie ramiączek na pętelkach, tak rzadko spotykane w DD-plusowych kolekcjach (nie wiem dlaczego - układa się równie dobrze, jak zwyczajnie wszyte ramiączka, a dużo lżej wygląda). Zwracam też uwagę na dzianinę po bokach miseczek, z połyskującą fakturą, oraz na świetne ramiączka z żakardowym wzorkiem. Ogólnie - Samantha to taka trochę kiczowata, swojska różowa landrynka, za to superstarannie wykonana - ani jednej wiszącej nitki, drapiącego szwu. Doskonałej jakości zapięcie.

W dotyku wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Zachwyciło mnie, że jest tak niesamowicie miękka - chciałoby się powiedzieć, że zupełnie nie jak przeciętny stanik D+... Wystraszyły mnie jednak elastyczne miseczki, które przy biuście w moich okolicach rozmiarowych zwykle zapowiadają katastrofę podtrzymaniową. Potem zorientowałam się, ze wszystkie nadesłane mi modele są elastyczne! Do tego ta staroświecka konstrukcja z jednym szwem... Z tej mąki chyba nie będzie G-miseczkowego chleba - pomyślałam. Po czym przymierzyłam.

No i okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Samanthowe miseczki są elastyczne w całości, łącznie z siateczkową wstawką z boku, umieszczoną od spodu miseczki. Ten stopień elastyczności spokojnie jednak wystarcza do całkiem przyzwoitego uniesienia, podtrzymania oraz ukształtowania w ładne kulki mojego średnio-dużego biustu (83/111). Jako totalnie nieagresywny elastyczniak, Samantha nie przepycha piersi w żadną stronę - ani szczególnie nie zbiera do środka, ani też nie rozostawia na boki. Jednym słowem, coś dla miłośniczek formy naturalnej. I wygody. Samantha jest wygodniczkiem, z jednym wszakże wyjątkiem - z nieznanych mi przyczyn końcówki fiszbin od strony pach zaczynają po paru godzinach obcierać. Może dlatego, że są druty stosunkowo długie. Genialne są natomiast wszystkie gumy i taśmy - miękkie i „misiowate” od spodu.

Zanim jednak mogłam zacząć sprawdzać Samanthę w praniu (oraz noszeniu), musiałam dobrać rozmiar. Stanowiło to pewne wyzwanie, i to we wszystkich trzech przypadkach. Miałam na szczęście do dyspozycji rozmiary sąsiadujące, była więc doskonała okazja do porównań. Decydującym czynnikiem okazał się wybór odpowiedniego obwodu - a to z powodu różnej budowy tyłów.

Podobnie jak w wielu innych markach, w Change występuje zróżnicowanie szerokości tyłów w zależności od rozmiaru miseczki, a także obwodu. Tyły te są dość rozciągliwe, ale nie jakoś dramatycznie - od spodu wzmocnione są siatką, nie „wiszą” na elastycznej dzianince, co od razu nastawiło mnie do duńskich producentów przychylnie (wiedzą, co robią). Porównania wykazały, że w wydaniu węższym (dwuhaftktowym) są one jednak mniej stabilne i mniej komfortowe niż trzyhaftkowe wersje szerokie, które ponadto jeszcze gwarantują efekt gładkich pleców :) Decyzje rozmiarowe dodatkowo komplikowała rozciągliwość misek, która sprawia, że mają one większą tolerancję rozmiarową (co - uwaga - uwzględnia tabela rozmiarów, gdzie zakresy obwodów w biuście dla poszczególnych rozmiarów misek częściowo na siebie nachodzą). 

Starałam się więc załapać na trzyhaftkowca. Producent co prawda sam zachęca do zaniżenia obwodu (dla zakresu 80-85 pod biustem proponując rozmiar 75), ja jednak w tym modelu zdecydowałam się na 80I i nie żałuję. Gdy mi za luźno (zdarza się), przepinam biustonosz na ciaśniejszą haftkę.

Wracając jeszcze do estetyki - zapraszam do galerii fotek. Zwróćcie uwagę na dopracowanie szczegółów.

 

Linda - 75 I

Oho, powiedzą, że to coś dla naszych babć - pomyśłałam na widok beżowej Lindy (teraz można ją kupić także w fiolecie). Triumphowaty styl i beżowa elastyczna koronka mogą zniechęcać koneserki bieliźnianego designu, pasują za to do totalnie wygodnickiego charakteru tej dojrzałej dziewczyny. Linda w tej wersji (bo jest jeszcze usztywniana, w mniejszym zakresie rozmiarów) kusidełkiem raczej nie będzie, choć połyskliwa koronka ma ładny złotawy odcień, a towarzyszą jej całkiem urocze ozdoby - kwiatki z cyrkoniowymi środkami na mostku i przy ramiączkach.

Wadą jest to, że po pewnym czasie noszenia koronki na ramiączkach wywijają się. Ujmuje to Lindzie uroku, jako że w stanie normalnym prezentują się one na ramionach bardzo ładnie.

Miseczki w Lindzie okazały się bardzo duże, większe niż w Samancie i Stasii. Tył jest niestety dwuhaftkowy - widocznie potrójna wersja zaczyna się od J, które było na mnie za duże. I niestety to czuję - tył Lindy trzyma gorzej i ma wyraźnie większą skłonność do podjeżdżania na plecach niż w Samancie oraz w Stasii. Linda jest za to jeszcze wygodniejsza od Samanty. Miseczki są bardziej rozciągliwe, co sprawia, że trochę gorzej podnoszą i zbierają. Linda to po prostu luzaczka, która drwi sobie z wszelkiej presji. Nie włożę jej na imprezę ani żadną okazję, przy której czuję zwiększone parcie na wygląd, ale podczas np. dłuższej jazdy samochodem czuję się w niej doskonale. Co tu dużo mówić - nasze babcie czasem naprawdę wiedzą, co dobre. A ja przez tych kilka lat stanikomaniactwa nauczyłam się dystansu do tego całego podnoszenia, zbierania, wypychania i przepychania, które najchętniej fundujemy naszym biustom.

Tak więc, stanikomaniaczko - jeśli chcesz mocno podrasować formę optyczną swego biustu, po Lindę nie sięgaj. Jeśli chcesz zapomnieć, że masz na sobie stanik - polecam.

A oto Linda w pełnej krasie:

 

Stasia - 75J

O Staszce :) wspominałam już w notce o koralach. Różni się od pozostałych koleżanek krojem (trzyczęściowe miseczki) i materiałem. Miseczki są miękkie, lecz w dolnej części wzmocnione warstwą grubej mięsistej dzianiny, która trochę przypomina piankę (sprężynuje pod naciskiem), jest też do pewnego stopnia elastyczna. Górna część miseczek jest podszyta cienką, także rozciągliwą dzianiną.

Stasia jest skuteczniejsza od koronkowych sióstr pod względem podnoszenia biustu (właściwie dorównuje przeciętnemu nieelastycznemu biustonoszowi), gorzej natomiast zbiera. Jest jednak także wyjątkowo wygodna i uszyta z supermiłych w dotyku materiałów. Ramiączka i gumy od spodu to poezja miekkości :) Trochę niestety psuje wysokie zabudowanie, bo zdarza mi się ją czuć pod pachą przy ruszaniu ręką do przodu, zwłaszcza gdy panuje upał i mam wrażliwszą skórę. Pod ubraniem pozostaje niewidoczna jak bezszwowiec (dotyczy to także majtek), nadaje się więc pod cienkie bluzeczki, choć w upały jest w niej niestety za gorąco.

Wybrałam rozmiar 75J - taki zresztą, nawiasem mówiąc, podaje mi kalkulator ze strony Change. Początkowo trochę się czułam ściśnięta w tej trzyhaftkowej 75-tce, ale z czasem obwód trochę się nadciągnął i stał się zupełnie komfortowy. 80tki w tym modelu wydawały mi się za luźne i dlatego zdecydowałam się na mniejszy obwód. Trzyma on i pracuje wyśmienicie.

Niestety nie widzę Stasii w Intymnej.pl, podobnie zresztą jak Samanthy, choć tę ostatnią znalazłam w duńskim sklepie.

Podsumowując, uważam Stasię za całkiem niezły t-shirt bra dla wygodnickich. Ma ona wyjątkowo przyjemny odcień koralowego różu, niestety trudny do oddania na fotkach - ciągle wychodził mi albo zbyt różowy, albo zbyt pomarańczowy...

 

 

Do kompletu

Figi, które wybrałam, są równie komfortowe jak biustonosze. Te same miękkie dzianiny, niedrapiące szwy i staranne wykonanie. Są też przewiewne i cieniutkie, co budzi obawę o solidność. Przeżyły już jednak kilka prań, podobnie zresztą jak staniki, i nic im się nie stało.

Rozmiary to (w kolejności fotek): 40, 42 i 42. Zgodnie z tabelą rozmiarów Change, moje 103 cm w biodrach plasuje mnie jeszcze w granicach rozmiaru 40 (100-103). Majteczki są bardzo elastyczne, ale nie widziałam powodu brania mniejszych, skoro większe doskonale pasują, a ja jeszcze bardziej od przyciasnych staników nie znoszę takichż majtek. Kalkulator zresztą proponuje mi 42 - a więc 2:1 dla kalkulatora :)

 

Podsumowanie

Przygodę z CHANGE uważam ostatecznie za udaną. Gdy jednak spróbuję wyobrazić sobie, że miałabym się do tej marki ograniczyć - mówię „nie”. Change to wygodniczki, ale są zbyt słabymi podtrzymywaczami i zbieraczami, bym mogła wyłącznie na nich polegać. Przypuszczam też, że większe i cięższe od mojego biusty mogą być z Change niezadowolone. Mój wszak nie znajduję się na całkowitym szczycie rozmiarówki - Change oferuje biustonosze do obwodu 100 pod biustem (który występuje maksymalnie w miseczce H), więc zmieścić się powinny biustowe objętości wyraźnie większe od mojej. CHANGE doceniają jednak małobiuściaste - może to wśród nich marka ta osiągnie w Polsce największe powodzenie?

Muszę jednak zaznaczyć, że podczas testowania tych trzech modeli czułam się tak komfortowo, jak dawno się nie czułam, mając na sobie biustonosz. Dlatego zachęcam mimo wszystko do wypróbowania, zwłaszcza jeśli cenicie sobie wygodę - a nuż znajdziecie w Change swojego ulubionego wygodniczka?

 

Uwaga promocja!

Jeśli mieszkacie albo możecie wpaść do Łodzi i tamtejszego centrum handlowego Port Łódź, to w mieszczącym się tam salonie firmowym Change otrzymacie 20% rabatu na wszystko, co kupicie (a co nie jest jeszcze przecenione), do końca czerwca! Dodatkowym warunkiem jest wyrobienie sobie karty Club Change - jest to program lojalnościowy, który da Wam m.in. 10% zniżki przy wszystkich kolejnych zakupach towarów w regularnej cenie. Jeśli zaś znajdziecie coś dla siebie w Intymna.pl - to do 29 czerwca jest tam rabat na aż 30%, z okazji debiutu Change w tym sklepie.

Ciekawa jestem Waszych doświadczeń z tą marką. Czy są tu biusty noszące Change? Czy sądzicie, że marka ta może wypełnić jakąś lukę na naszym rynku?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Archiwum
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...