Wpisy z tagiem: plus size

piątek, 08 grudnia 2017

Każda Stanikomaniaczka wie, że o bieliźnie można bez końca :-) I że bieliźniane pogawędki często-gęsto rzucają nowe światło na całkiem, wydawać by się mogło, odległe sprawy. A jeśli jeszcze nie wie - to za chwilę się dowie!

Przedstawiam Wam nowy pomysł: cykl wywiadów z interesującymi ludźmi, pod hasłem "O bieliźnie z...". Będę pytać moje rozmówczynie i rozmówców o ich bieliźniane preferencje. Czy wolą figi czy stringi, odziewają ciało w beż, czy może wolą tęczę? A potem zobaczymy, dokąd nas temat zaprowadzi!

Na początek zapraszam do rozmowy z Galantą Lalą, blogerką plus size, która tworzy fundamenty ruchu body positive w naszym kraju. Kiedy trafiłam na jej blog, powiedziałam: Wow! Na taką osobowość właśnie czekałam! 

 

Galanta_Lala_czerwona

 

Lala, czyli Ula, to osoba o wszechstronnych zainteresowaniach, zapalona tancerka, wulkan energii oraz oczywiście zadeklarowana „ciałopozytywka”. Niektóre z Was być może znają ją także jako fotomodelkę z najfajniejszych sesji Ewy Michalak. 

(Przy okazji pozdrawiam też Jagienkę, która także bloguje o bieliźnie i która zainspirowała mnie do rozpoczęcia tego cyklu. Może i z nią pewnego dnia sobie porozmawiamy? :-) )

Endżojujcie! 

 

- Czy zwracasz uwagę na bieliznę? Traktujesz ją jako ważny element stroju, czy raczej się na niej nie skupiasz?

Galanta Lala: Bardzo! Odkąd odkryłam, że odklejony od brzucha biust ma sprawczą moc w kwestii mojego samopoczucia, zdecydowanie zwracam uwagę na to, co noszę. Osobną kwestią jest to, że dopiero od niedawna mogę kupić odpowiednio dopasowaną bieliznę - w obwodach powyżej 85 i więcej niż nieszczęsne 2XL w majtkach.

To nie jest tak, że nie mam dni, kiedy noszę majtki z multipacka od Bonprix - nie chciałabym też przekonywać nikogo, że dobrze się można czuć wyłącznie w koronkach i krynolinach. Bynajmniej. Przede wszystkim - dopasowanie. Zwracam uwagę na wygodę. Jestem już za duża na barowanie się z np. wpijającymi i rolującymi gumkami.

 

- Jaki jest twój ulubiony element bielizny? Ciekawa jestem, czy podzielasz moją miłość do staników, czy też jesteś pod tym względem bardziej umiarkowana :-)

Podzielam miłość do staników, chociaż jak wiesz - dopiero uczę się rynku. Odkrywam możliwości i właściwości różnych konstrukcji i materiałów, trochę jak Alicja w Krainie Czarów.

Nie mam za to problemu ze wskazaniem najmniej ulubionego elementu - zdecydowanie są to halki modelujące. Mimo szczerych chęci nie znalazłam jeszcze takiej, która by mnie nie doprowadziła do frustracji. Po pierwsze prawa fizyki są nieubłagane - jak ściśniesz na dole, wychodzi górą, po drugie - wszystkie, z jakimi miałam do czynienia rolują mi się tak, że po dwóch godzinach wszystko mam zwinięte w pasie.


- Czy lubisz bieliznę ozdobną, czy też wystarczy, by była funkcjonalna?

Chwilę temu sprzedałam się z majtkami z Bonprixa ;-) Lubię piękne rzeczy, ale decyduje wygoda. Na szczęście podaż rzeczy pięknych i przy tym funkcjonalnych rośnie. Kiedyś z moim rozmiarze miałam do wyboru stanik beżowy, czarny i biały, dzisiaj głowa mi się chce ukręcić od tych wszystkich kolorów i możliwości.

 

- Czy masz ulubiony krój biustonosza, majteczek? Pełna miseczka czy coś mniej zabudowanego? Figi czy stringi? Jakie kolory i style najbardziej lubisz? 

Moim najulubieńszym krojem fig są majtki z golfem! Z jednej strony - mam słabość do stylistyki retro, z drugiej wiecznie zjeżdżające i rolujące się pod brzuchem majtki doprowadzają mnie do białej gorączki. Tak samo wpijające się gumki, które z mojego tyłka robią świąteczną szynkę. Nie, nie, nie. Kiedyś wstydziłam się wielkich majtek (innych w moim rozmiarze nie było), ale potem zobaczyłam pin up i przeszło jak ręką odjął. Majtki z golfem weszły, mam nadzieję, na stałe do kanonu. Doskonale pamiętam, jak ze trzy lata temu jeździłam jak wściekła po Łodzi, żeby kupić bodaj pierwsze wysokie figi w Change, nie pamiętam modelu ale było to coś spod szyldu Britney Spears. Boczku, co to była za radość! Od sytuacji idealnej dzieli nas jeszcze trochę, ale wierzę, że wymusimy na producentach taki standard.

Jeśli chodzi o biustonosze, to nie wyrobiłam się jeszcze na tyle, żeby z pełnym przekonaniem wskazać swój ulubiony krój. Jedno jest pewne - bardzo się polubiłam z miękusami, w czym Twoja działalność blogowa miała niemały udział. Pływam sobie niezdecydowana czy wolę biust skulkowany, czy może jednak retro. Czy to nie cudowne, że mogę tak przebierać?!

Kolorystyczna ciekawostka jest taka, że nie mam w szufladzie ani jednego beżowego biustonosza. Nie wiem co zaszło, ale najwyraźniej mam teraz okres czarny. Rządzi zdecydowanie klasyka, ale czuję, że powoli zbiera mi się na kolor.  Po tym co widziałam na 5. Salonie Bielizny jestem pewna, że z wiosną wiele się zmieni. Jestem zdecydowanie „kwiatkowa”. Czekam z utęsknieniem na Maki z Makowa Podhalańskiego (czyli model Verbena od Samanty - przyp. red. :-) ). Zasada Fal rządzi całą moją garderobą; był taki okres, że miałam ubrania wyłącznie w dwóch kolorach - fioletowe i granatowe.

 

Galanta_pinup_b

 

- Twoja ulubiona marka bielizny (dla mnie podanie jednej byłoby mega trudne, więc możesz wymienić kilka ;-) )

O mamo. Ja z kolei nie znam rynku aż tak dobrze! Moje sympatie zdecydowanie układają się po stronie marek ciałopozytywnych - effuniaków, Sculptresse, Anity.  Oczywiście nie wyczerpuje to listy, temat stał się gorący i mam nadzieję, że jak najwięcej producentów odrobi pracę domową, przeanalizuje jakie rozmiary sprzedają się im najczęściej i zrezygnuje z mówienia w języku photoshopa na rzecz autentycznego dialogu z konsumentkami.


- Twoje największe bieliźniane bolączki, czyli co najtrudniej znaleźć, dopasować, czego jeszcze nie potrafią producenci? Z czym, w twoim odczuciu, największy problem mają Syreny Lądowe, czyli twoje czytelniczki?  

Ile mamy czasu? Niby żarcik, a jednak gorzki. Mam dosyć wymagającą konstrukcyjnie budowę, stosunkowo niedużą miskę przy dużym obwodzie, a do tego kawał zadu w rozmiarze gdzieś pomiędzy 48 a 50. I weź tu taką ubierz. [Ale jak to? Wydawałoby się, że większość kobiet wokół nas to raczej sylwetki typu „gruszka”, a więc wydatne biodra i biusty nie takie znowu atomowe... które wcale nie powinny stanowić konstrukcyjnego wyzwania!]

Największy żal do producentów mam o majtki. Jestem kompletoholiczką, do tego stopnia, że zwykle kupuję dwie pary majtek do kompletu. Niestety, często nie mam czego kupić. Mam wrażenie, że wiele firm szyje matki z resztek. Wiem oczywiście, że tak nie jest, ale w niektórych przypadkach widać posunięta do granic rozsądku oszczędność, szczególnie w dużych rozmiarach. Ha, dużych rozmiarach! Co to jest 3XL? W niektóre się mieszczę, ale przecież są kobiety noszące rozmiary powyżej 50tki, które też trzeba dopieścić. Nie rozumiem tego, klientela plus size to łatwy pieniądz, leżący na ulicy. Taki, po który nikt się nie chce schylić, czasami na serio chciałabym wydać pieniądze, ale producent ich nie chce.

Jest w tym błędnym kole jeszcze jedno ogniwo - sklepy, które nie prowadzą dużych rozmiarów. Rozumiem, że stany magazynowe trzeba prowadzić rozważnie, ale jeśli ktokolwiek uważa, że Syreny Lądowe będą kupowały majtki na zamówienie, to powinien się powtórnie zastanowić. Oczywiście - jak się na coś uprę to poczekam, ale na co dzień nie ma takiej opcji. Szukam kolejnego sklepu, który ma mój rozmiar. Gorzej, jeśli nikt nie ma. Jak wiesz podczas 5. Salonu Bielizny od jednej z marek usłyszałam, że w outletach mają głównie duże rozmiary. Bardzo długo to za mną chodziło. Myślałam i myślałam, a tymczasem odpowiedź na pytanie, dlaczego tak jest, miałam cały czas przed nosem, w półmetrowej hałdzie katalogów i broszur.

No bo jak sprzedawać duże rozmiary, pojąc kobiety zdjęciami modelek rozmaru 36? Nie zrozummy się źle, ja nie mam nic przeciwko szczupłym modelkom. Mam za to dużo przeciwko firmom, które serwują nam bez wytchnienia koszmarki obróbki graficznej. Takich kobiet, jak te w katalogach, nie ma! Uczciwie przyznam - mnie też jest ciężko wyobrazić sobie, czy zmieszczę tyłek w te konkretne majtki, które widzę na zdjęciu. Z jednej strony super, jesteśmy my, blogerki, pokazujemy na prawdziwych ciałach, na różnych typach sylwetek produkty różnych firm. Tyle, że to nie to samo, co katalog. Nie jest żadną tajemnicą, że brałam udział w zdjęciach dla Ewy Michalak - bardzo cenię jej podejście. Nasza współpraca nie była planowana, dopóki nie trafiłam do niej na przymiarkę. Mam mały biust i spory brzuch (przy czym - ciekawostka - nie jestem jabłkiem), ile jest kobiet, które wyglądają tak jak ja? No właśnie, na pewno o wiele więcej, niż tych, które mają 180 cm wzrostu i noszą rozmiar 34/36. Swoją drogą to ciekawe jak u Ewki wygląda sprzedaż majtek, co? Może jednak da się je sprzedać lepiej, gdyby je pokazać na większym tyłku?

Z tym właśnie mamy my, kobiety plus size, największy problem, że mało kto nas traktuje poważnie jako siłę nabywczą.


- Czy i w jaki sposób bielizna zmienia twoje samopoczucie, nastrój, dobre czucie się ze swoim ciałem? Czy lubisz siebie bez ubrania? U mnie bielizna sprawiła, że stałam się osobą bardziej ciałopozytywną. A jak jest u ciebie?

Bardzo zmieniła. Umówmy się, każdy wygląda lepiej w dopasowanej bieliźnie, niż w za małych majtkach wbijających się w boczki. Pierwszego nura w świat bielizny zrobiłam tak naprawdę za przyczyną bikini, chyba jakoś w okolicy tego posta się poznałyśmy, prawda? Tego o kiepskim bikini z sieciówki. Samo wyjście przed aparat w bikini było dla mnie novum, ale też wielką próbą charakteru. You oughta practice what you preach, prawda? Musiałam zmierzyć się z sobą i sprawdzić, na ile wystarczy tej mojej ciałopozytywności. W niszy plus size trwa niegasnąca dyskusja o tym, czy trzeba pokazywać tyłek, żeby być ciałopozytywnym. No nie trzeba. To nie jest kwestia bycia bopo, tylko elementarnej uczciwości, szczerości ze sobą.

 

Czarna_Mamba_b

 

Skoro mówię Syrenom, że gruby zad to nie koniec świata, nie mogę sama robić tragedii z tego, że jestem gruba. Jeśli mówię, że nawet z defektami są piękne, to nie będę poprawiać własnej urody (nie mówię tu o zwykłym dbaniu o siebie, oczywista). To nie jest ciałopozytywność, tylko czystej wody hochsztaplerka i korzystanie z mody. Mam wrażenie, że im dalej wchodzę w blogowanie, tym bardziej się radykalizuję w tym względzie. Rozdzielam plus size od body positivity, choć te granice się coraz mocniej zacierają, w dobrym tonie jest udawać, że się kocha siebie. Łatwiej to napisać, niż faktycznie wykonać pracę nad sobą i pokochać defekt. W moim odczuciu wasza, bieliźniana nisza jest znacznie bardziej body posi, niz plus size. Mówię to z bólem serca.

Nauczyłam się lubić siebie bez ubrania. W branży bieliźnianej mamy kontakt z ciałami prawdziwych kobiet, wiemy jak wygląda rzeczywistość w przymierzalniach. Ja się nauczyłam tego, że mam takie cycki, jakie mam. Moje. Długo ich nie lubiłam, bo takie nijakie. Nie dość duże, żeby spełniać wymogi bycia „sexy”, nie dość małe, żeby były jędrne przez długie lata. Wielokrotnie odchudzane, opalane, męczone jazdą konno bez odpowiedniej bielizny. To dla mnie ogromnie cenna lekcja, chcę się tym podzielić. Dlatego zdecydowałam się na zdjęcia w bieliźnie. Dlatego będąc po 30ce zdecydowałam się na pierwszą w swoim życiu sesję w bieliźnie. Przypadek? Nie sądzę.


- Czy nosisz bieliznę erotyczną?

Bardzo bym chciała, ale nie noszę. Raczej markuję koronkami.

Oferta bielizny erotycznej plus size jest, delikatnie mówiąc, mocno uboga. Nielicznym, podejmującym temat producentom brakuje wyobraźni - nie noszę stringów, nie poruszają mnie lateksowe tuby, rajstopy z dziurą i przebrania pielęgniarki. Biedaerotyka mnie odrzuca. Temat nie jest łatwy, ale trochę mi się marzy zrobienie takiej linii ze smakiem, może nawet pod szyldem Galantej Lali? To by było coś. Jest w narodzie potrzeba, o czym świadczy wyparowanie wszystkich większych koronkowych bikini z Lidla w pół godziny. Producenci, jeśli czytacie, to puszczam do Was oko! Wierzę, że nie jest to ziemia nie do zdobycia.

Tropię rozwój sytuacji, chciałam w ramach swojego cyklu o Intymności Plus Size pokazać kilka propozycji takiej bielizny, najchętniej krajowej produkcji, ale… delikatnie mówiąc, utknęłam. Podoba mi się styl Bluebelli, ale w tym przypadku mogę pomarzyć o pasującym rozmiarze.


- Jak myślisz, czy bielizna ma szansę stać się istotnym tematem w blogosferze plus size, obok mody odzieżowej? 

Absolutnie tak, widzę ostatnio intensywny wzrost bieliźnianej aktywności na blogach plus size. Tak naprawdę bielizna zawsze była obecna w tle, niestety, głównie w tym modelującym sylwetkę wydaniu. Nie potrafię przewidzieć, w którym kierunku się to potoczy - może dlatego, że moda ma dla mojej blogowej działalności marginalne znaczenie. Nie, że nie chciałabym jej robić. Niespecjalnie mnie na to stać, bo wiązałoby się to z koniecznością ściągania ciuchów z zagranicy.

Na rynku jest stosunkowo niewielu producentów, kolekcje nie są duże, a do tego firmy szyją bardzo podobne projekty. Efekt jest taki, że widzisz jedną kurtkę w podobnych stylizacjach na kilku blogach. Bielizna ma nad modą tę przewagę, że firm jest więcej, więcej eksportujących swoje produkty większych firm, więcej pomysłów, większe tempo rozwoju. Życzę modzie plus size, żebyśmy wylobbowały w niej przynajmniej to samo, co wy w zakresie stanikowym.

Rozwój branży plus size w Polsce - nie tylko w kontekście mody - powstrzymuje rozmiar rynku oraz brak pomysłu jak ten plus size podać. W tej chwili podajemy go z body posi, jak będziemy to robić za rok? Kto wie?

 

Galanta_turban_b

 

- Stworzyłaś już kilka bieliźnianych wpisów w swoim blogu. O czym są? Co chciałabyś przekazać Syrenom Lądowym w związku z bielizną? Może widzisz jakieś stereotypy do obalenia, mury do zburzenia? :-)

Ha! Zaczęło się od tragicznych bikini i muszę się przyznać, że to jest rekordowy wpis z minionego roku. Moje zdjęcia z nieszczęśliwą miną w kompletnie niedopasowanym bikini obejrzało kilkanaście tysięcy użytkowników, co jak na tak małego bloga jak mój jest niezłym wynikiem. Potem wyjaśniałam różnice między bikini od firmy bieliźniarskiej a tym z sieciówki.  

Tak naprawdę to temat bielizny wciąż jest u mnie bardzo świeżutki, podczas 5. Salonu Bielizny poznalam masę fajnych ludzi, to pchnęło mnie w kierunku głebszych refleksji nad bielizną w kontekście plus size. Ostatnio opowiadałam o tym, jak uwolniłam się od gąbki i głębokiego przekonania, że mój biust jest bardzo nie tak - staram się, żeby moje bieliźniane rozważania nie sprawiły, że zgubię gdzieś ciałopozytywnego i plussajzowego ducha bloga. To dla mnie bardzo ważne.

Syrenom Lądowym chciałabym powiedzieć, że zasługują na piękną bieliznę tak samo, jak ich szczuplejsze koleżanki i że nie, nie wyglądają wcale głupio w pięknej bieliźnie.

Oraz, że wbrew temu, co sądzimy, mamy moc - możemy sobie wylobbować te wymarzone majtki do rozmiaru 60 czy gustowną bieliznę erotyczną. Serio!

 

- Szczerze wierzę w moc! Dziękuję za rozmowę!

 

A może teraz Wy chciałybyście zadać Galantej Lali własne pytanie? Albo dorzucić coś do tego, co napisała o większych rozmiarach, albo o ciałopozytywności w kontekście bielizny?

I z kim mam porozmawiać następnym razem? :-)  

 

czwartek, 01 czerwca 2017

Stylóweczka nr 1: rurzowo-rzułta. Niczego nie sponsorowały marki: Freya, Solar, Les Nereides (N2)

 

To będzie trochę buntowniczy wpis o stylu, ciele i jego wieku, tym co medialne, a co ciągle nie - i o tym, jak rozwalać system ;-)  

Gdy wchodzimy za młodu w świat mody i urody, od razu otrzymujemy mnóstwo norm i wskazówek: co powinnyśmy nosić, co jest mniej chętnie akceptowane, a czego nam na pewno nie wolno: w ubiorze, bieliźnie, makijażu, dodatkach. Standaryzacja wyglądowa członków ludzkiej społeczności jest nam chyba potrzebna - czujemy się bezpieczniej w towarzystwie ludzi w miarę podobnych. Dzięki temu spada nam codzienny poziom stresu, którego i tak mamy nadmiar. 

Jednak, że polecę banałem - co za dużo, to niezdrowo. Czasem te ograniczenia bardziej krępują, niż wytyczają bezpieczną ścieżkę, choć nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawę. Chyba każda z nas miała w życiu moment, gdy myślała o zrzuceniu mundurka, sprawieniu sobie tej falbaniastej kiecki, o której zawsze skrycie marzyła, a która „nie pasuje do jej typu sylwetki”, założeniu wreszcie tej impulsowo zakupionej tęczowej bluzki, na którą nigdy „nie było okazji”. O odrobinie kreatywności, choćby sprowadzała się ona do ustrojenia się w naszyjnik z jednorożcem w różowym sweterku czy w neonowo żółty komplet bielizny. 

Ponieważ wkraczam już w wiek, w którym zauważam, że mój osobisty wizerunek coraz bardziej odbiega od tego, czego oczekuje ode mnie Społeczeństwo, a wszystkie oburzone artykuły o ejdżyźmie przestają być abstrakcją, która mnie nie dotyczy - czuję, że muszę coś powiedzieć w tej sprawie. 

 

Co wypada poważnej kobiecie

(Na pewno nie biust ze stanika, jeśli stanik jest właściwie dobrany! ;-) )

Jeśli jesteś, droga Czytelniczko, jeszcze młoda - to być może opisane wyżej wyskoki wydają ci się jeszcze dozwolone. Jeśli masz, tak jak ja, lat czterdzieści i parę, to zapewne przerobiłaś już swoją porcję dobrych rad z czasopism, poradników i telewizora o tym, „co wypada” kobiecie w Pewnym Wieku. Z twojego legalnego  repertuaru modowego znika pomału wszystko, co radosne, kolorowe i tak zwane młodzieżowe - a jeśli pracujesz w codziennym kontakcie z ludźmi, to również „nieprofesjonalne”. Akceptujesz to bez szemrania, bo przez całe swoje modowe życie byłaś przyuczana do kierowania się dwiema zasadami w kształtowaniu swego imydżu: masz być Poważna (w końcu jesteś dorosła i profesjonalna) oraz Atrakcyjna (by default, dla heteroseksualnego mężczyzny). Nie ma w tym za bardzo miejsca na inwencję, zabawę kompozycją, łączenie kolorów, z których żaden nie jest neutralsem, nie mówiąc już o zestawianiu dwóch różnych wzorów w jednym outficie. Takie zabawy dobre są dla przedszkolaków, nie dorosłych kobiet. Znajome?

Jaki to ma związek z bielizną? Powiecie: przecież pod spód można założyć cokolwiek. Można pojechać jaskraworóżowymi falbankami albo nadrukiem w kotki, gdy na wierzchu korpomundurek. Bo i kto nam zabroni. Za to oczywiście kocham bieliznę - że pozwala nam w tej bardziej prywatnej, najbliższej ciała sferze na znacznie więcej niż jakikolwiek dress code. Dla wielu z nas jednak jest to czysta teoria. Bo większość kobiet pod korpomundurkami ma korpostaniki. 

Może to przymus bycia poważną sięga tak głęboko, a może przyczyną bieliźnianej uniformizacji jest zwykły niedostatek opcji. Jak już wiele razy narzekałam - bielizna jest wciąż najbardziej konserwatywnym działem mody. I o ile cokolwiek się tu zmienia i niektórzy projektanci wpadają już na pomysły typu stanik w arbuzy albo majtki z kocim pyszczkiem, to... są to rzeczy z reguły kierowane do bardzo młodego segmentu populacji, o stosownej dla niego rozmiarówce (stereotypowo - małej) oraz poziomie konstrukcji i trwałości (niskim). Tak więc, jeśli nie masz dziecka i swojej żądzy posiadania komplecików w żabki nie zaspokajasz kupując śpioszki - masz przekichane. Siedzisz w szufladzie pełnej nudy oraz, co najwyżej, tradycyjnej seksowności, która od wieków niezmiennie kręci się wokół czerni, czerwieni i koronek. 

 

Droga Dzidzi Piernik

Dzidzia Piernik to pogardliwe określenie starszej kobiety strojącej się w infantylne - innymi słowy: kolorowe, błyszczące i choć trochę efektowne - fatałaszki. Boi się go każda czterdziestolatka walcząca z pragnieniem zafundowania sobie bluzki w kotki albo wyjścia z domu z różową torebką. Samo jego istnienie świadczy o tym, że kobiety w Pewnym Wieku skrycie marzą o tym, czego już im nie wolno. I czasem mają dość - wkładają tę żółtą kieckę i kolczyki z pszczółkami i tak idą w świat. 

 

Stylóweczka nr 2: niebiańskie kotki. Sponsorowania nie podjęły się marki: Change, Tatuum, Les Nereides (N2).

 

A więc, fanfary: jestem jedną z tych ostatnich - Dzidzią Piernik. I nie planuję przestać nią być. Jak widzicie na moich zdjęciach, zwłaszcza tych „z głową” - piernictwa ukryć się nie da, i proszę, nie mówcie mi teraz w ramach komplementu, że na swój wiek nie wyglądam. Wyglądam. I nie chcę słyszeć komplementów w tym stylu - bo chcę przyczyniać się do tworzenia świata, w którym manie czterdziestu czterech lat nie jest obciachem. 

Moje dzidziopiernictwo dotyczy zarówno stroju i dodatków (kotki mi niestraszne), jak i bielizny. W tej ostatniej nie mam nigdy zamiaru odmawiać sobie mocnego koloru, skoro już szczęśliwie zaczął mi on być oferowany przez przemysł bieliźniarski. W moim rozmiarze da się już kupić praktycznie wszystkie kolory, choć o niektóre łatwiej, a o inne - znacznie trudniej. 

Nie mam też zamiaru ograniczać się ani do tego, co mi podobno wypada, ani tego, co mi rzekomo pasuje. Analityczki kolorystyczne i styliści sylwetkowi nie są dla mnie autorytetami w dziedzinie tego, co powinno mi się podobać, a co nie. To ja tu jestem ekspertem. Moja metoda na „jak sie ubierać” jest prosta: bierzemy to, co z wieszaka czy to stacjonarnego, czy wirtualnego woła do nas „Wybierz mnie! Mnie!”. A czasem i to, co nie woła, albo wręcz warczy na nas z daleka. I zwyczajnie sprawdzamy, jak się w tym czujemy. Im więcej tego sprawdzania, tym lepiej. W ten sposób oswajamy się ze swoim wyglądem w różnych rzeczach i pomału wyrzucamy z głowy coraz więcej schematów. 

Tę metodę - którą zresztą dokładnie opisała autorka artykułu „Toddler Grandma Style, The Fashion Approach That Will Set You Free”, który ostatnio przeczytałam, stosuję szczęśliwie od lat (nie ukrywam, że ów tekst był jedną z inspiracji do tej notki). Polecam Wam m.in. listę na końcu, zawierającą takie perełki, jak „Nie musisz się ograniczać do jednego jaskrawego koloru” oraz „Możesz nosić broszki! Możesz nosić WIĘCEJ NIŻ JEDNĄ NA RAZ!” :-) 

Droga Dzidzi Piernik nie musi oczywiście koniecznie wieść pośród majtek w biedroneczki ani różowych torebuś (sama niektórych słodkich motywów, jak misie i lizaki, wręcz nie znoszę). Nie chodzi o żaden konkretny styl czy rekwizyty. Chodzi o wolność. Akurat żywe kolory i słodkie wzorki są tym, czego najczęściej się nam zabrania, gdy jesteśmy dorosłe, ale przecież w naszych głowach siedzi dużo więcej ograniczeń. A kto jest całkowicie poza ograniczeniami? Dzieci, które jeszcze nie muszą być Poważne, i staruszki, które już nie muszą być Atrakcyjne. Toddler Grandma Style. 

 

Ciała wyklęte?

Autorka „Stylu Dzidzi Piernik” pisze, że paradoksalnie wyzwoliło ją jej własne ciało. „Nie mam ciała modelki ani ‘wieszaka na ubrania’. Gdyby uczestnicy ‘Project Runway’ zostali poproszeni o stworzenie sukienki dla mnie, zapewne rzuciliby się pod autobus. Nie jestem ani wysoka, ani szczupła”. Jej sylwetka jest na tyle daleka od kanonów piękna, że paradoksalnie jest postrzegana jako ta, której więcej wolno - bo i tak nie pasuje do wzorca.

 

Stylóweczka nr 3: sweet eighties. Sponsorowała przykładnie marka Cleo by Panache, a migały się: Esprit, Forever 21 Plus Size

 

Wrażenie to jest mi bliskie. Jeśli interesuje Was filozofia ciałopozytywności (body positivity), to zapewne obserwujecie społeczności, blogi i marki prezentujące różnorodne ciała. Na przykład firmy bieliźniarskie (takie jak Curvy Kate z marką Scantilly, czy seksowna Playful Promises), które często udostępniają na swoich profilach zdjęcia publikowane przez użytkowniczki ich bielizny - w tym blogerki czy modelki plus size. Nie każdy jednak na pierwszy rzut oka zauważy, że większość tych miejsc czy profili preferuje jeden-dwa typy sylwetki: boską klepsydrę tudzież powabną gruszkę, gdzie nawet sporemu rozmiarowi towarzyszy płaski brzuch i wąska talia. Rozejrzyjcie się wokół siebie, a zauważycie, że bardzo wiele kobiet ma zupełnie inną budowę. Brzuchy Istnieją, nawet w małych rozmiarach, a co dopiero w tych większych. Istnieją mega brzuchy przy wąskich biodrach, małe piersi w rozmiarach bardzo plus. Nie zobaczycie ich jednak na bieliźniarskich instagramach. A jeśli przypadkiem jesteście blogerką czy też po prostu lubicie czasem pokazać się w soszal mediach bez ubrania, to Nikt Nie Repostnie Waszej Foty. 

Nie zobaczycie też kobiet starszych niż dwudziestoparoletnie, albo młodo wyglądające trzydziestolatki. Jeśli już pojawi się ciało bardziej wiekowe - będzie ono zawsze szczupłe (swoją drogą - zdjęcia z kampanii Ageless Fashion marki Playful Promises są naprawdę piękne). Baba z nadwagą po czterdziestce rozebrana do bielizny? Zapomnijcie! Nie będą nam takie staruszki ani grubaski psuły wizerunku. 

Wygląda na to, że ciałopozytywność ciałopozytywnością, a tymczasem wciąż propagujemy dość wąski zakres tego, co akceptowalne. Wszystko, co poza - nie doczekało się wciąż reprezentacji. Co mogę z tym zrobić? Rzecz jasna, jako zdeklarowana Dzidzia Piernik z blogiem i klawiaturą w ręku rozwalać system, choć nie ułatwia mi tego wrażenie, że jestem sama na placu. Proszę, pokażcie mi blog o bieliźnie (z fotkami) prowadzony przez kobietę ponadczterdziestoletnią. Pokażcie mi blogerki modowe starsze niż 30 lat i niemające ciał modelek. Ile ich jest? Może właśnie dzięki temu brakowi wzorców do naśladowania (poza kanonem „co wypada w pewnym wieku”) weszłam na drogę Dzidzi Piernik, która wszystko musi - i może! - wypróbować na sobie, nie oglądając się na innych. 

Czego i Wam życzę. Przynajmniej, gdy już będziecie takie stare jak ja - a może nawet wcześniej :-)

 

Acknowledgements: I am perpetually grateful to Buttercup Rocks, the charming author of the Buttercup's Frocks fashion blog for inspiring a lot of my style choices and for introducing Les Nereides to me :-) Special thanks goes to Cynara Geissler for writing probably the most brilliant essay on style I have ever read.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
Archiwum
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...