Wpisy z tagiem: dyskusje

środa, 27 czerwca 2012

Zwierzałam się Wam ostatnio w komentarzach, w jakie zdumienie wprawiło mnie pytanie postawione w artykule w jednym z portali branży bieliźniarskiej. Chodzi o tekst pt. „Cups&Downs” opublikowany w brytyjskim serwisie Lingerie Insight, którego tematem jest intensywny rozwój D-plusowego rynku i wynikające z niego dalsze perspektywy dla firm. Pytanie brzmiało: czy rynek większych miseczek jest już nasycony?

Przez chwilę sama miałam ochotę umieścić tam komentarz podobny do tego, jaki napisała pewna czytelniczka z Australii: „Zapewniam Was, że rynek większych miseczek jeszcze się nie nasycił. Jest wciąż na etapie pustyni spragnionej wody...”. Nie mogłam uwierzyć, że ktokolwiek mógłby sytuację, w której w przeciętnym sklepie z bielizną wciąż nie mogę kupić swojego (całkiem zwyczajnego przecież) rozmiaru, a w wyspecjalizowanych sklepach również wcale nie mam oszałamiającego wyboru, uznać za nasycenie rynku. Zreflektowałam się jednak, że w tekście chodzi przecież o rynek brytyjski, nie - światowy. I że, co może ważniejsze, chodzi o sytuację widzianą nie z punktu widzenia klientki, lecz firmy.

Swoją drogą, chciałabym przeczytać jakąś analizę rynku tzw. dużych miseczek na świecie. Z takiego raportu dowiedziałybyśmy się zapewne, jak wygląda sytuacja w takich krajach jak USA, gdzie podobno wciąż panuje denial of large cup bras (zalinkowany tekst pochodzi z 2007 roku). Czy edycja konkursu Star in a Bra USA prowadzonego przez Curvy Kate ma szansę zmienić świadomość tamtejszych konsumentek i detalistów? Bo jeśli tak - to wróżę CK olbrzymią karierę za Wielką Wodą... Dowiedziałybyśmy się też, jak wygląda rynek niemiecki, gdzie działa prężne forum Busenfreundinnen (prowadzone przez działaczki z Lobby Biuściastych), ale zaopatrzenie zmienia się wciąż bardzo powoli. Oraz jak mają się sprawy biuściastych na południu Europy, w krajach takich jak Portugalia czy Włochy, gdzie owszem, działają pojedyncze uświadomione bra-biznesy - prowadzone przez... Polki! :) Jeśli czytają ten tekst mieszkanki tych i innych zakątków globu - proszę, napiszcie, co dzieje się na tamtejszych bra-rynkach.

Wróćmy jednak do Zjednoczonego Królestwa. Czy tamtejsi dużomiseczkowi potentaci rzeczywiście obawiają się nadmiernego zatłoczenia rynku?

 

Bądź trendy, idź w D+


„Myślę, że rynek jest nasycony” - mówi Lorraine Morton, twórczyni marki Miss Mandalay. „W ciągu siedmiu lat od powstania naszej marki obserwowaliśmy, jak zarówno znane, duże firmy, jak i niszowe, projektanckie marki popodłącząły się pod dużomiseczkowy trend”. Pozostałe wypowiadające się osoby także zgodne są co do tego, że rynek D+ staje się coraz bardziej konkurencyjny. „Kiedyś samo oferowanie większych rozmiarów wystarczało, by zostać zauważonym” - czytamy w artykule. „Ale teraz, gdy segment dużych miseczek zauważalnie urósł, marki muszą pójść o krok dalej, by przyciągnąć klienta”.

Moim pierwszym odruchem była podejrzliwość: oho, czyżby ktoś tu zamierzał budować klimat zniechęcania konkurencji? Zabrzmiało mi w uszach to, co tak często słyszymy w naszym kraju, rozmawiając z przedsiębiorczyniami i przedsiębiorcami: „Biznes? Ciężki! Zarobić? A skąd! Dokładam do interesu!” ;-) Miałam jednak nadzieję, że nikt nie będzie twierdził, że zaoferowanie klientkom czegoś więcej, niż mają teraz, jest nie wiedzieć jak trudne.

Na szczęście kilku profesjonalistów wypowiedziało się w sposób miły dla uszu każdej biu-konsumentki.

Na przykład, dyrektor marketingu firmy Panache - Steve Hazlehurst - uważa, że wzrost konkurencji to czynnik pozytywny. „Dzięki temu zwiększa się świadomość rynku. Klientki zyskują coraz większą wiedzę na temat dopasowania oraz pozytywny stosunek do większych miseczek”. Producenci wskazują też nowe tereny ekspansji: kostiumy kąpielowe, biustonosze sportowe, coraz skuteczniejsze podążanie za trendami mody.

Ale to nie wszystko. Najbardziej ucieszyło mnie, że specjaliści z UK dostrzegają też takie możliwe kierunki rozwoju, jak udoskonalanie konstrukcji, materiałów, czy poszerzanie zakresów rozmiarów.

 

Nie samą literą...

Wrócę do początku artykułu. Szefowa Miss Mandalay mówi: „[...] obserwowaliśmy, jak zarówno znane, duże firmy, jak i niszowe, projektanckie marki podłącząły się pod dużomiseczkowy trend. Szkoda tylko, że ich twórcy często nie rozumieją technicznych aspektów dopasowania większych miseczek i ich produkty nie są zadowalające”. Można by odebrać to stwierdzenie tak: inne firmy często oferują gorszy produkt, a te doświadczone w produkcji D-plusów muszą z nimi teraz mozolnie konkurować. Ale: czy aby na pewno jest to zagrożenie?

Czy klientki naprawdę nie są w stanie odróżnić źle skonstruowanego i uszytego z niewłaściwych materiałów biustonosza od takiego, który pasuje, leży i odpowiednio podtrzymuje?

Przejawiana niekiedy przez firmy wiara, że wystarczy wpisać więcej literek do katalogu, zrobić w już istniejących produktach kilka drobnych modyfikacji i oferta D+ gotowa - jest zjawiskiem dla mnie zdumiewającym. Moim zdaniem każda kobieta, która kiedykolwiek miała na sobie właściwie dopasowany biustonosz, odróżni prawdziwy rozmiar 70G od starego 90C z mechanicznie skróconymi bokami. A jeśli nie miała, to prędzej wróci do starego, źle dopasowanego, niż zapłaci kilkukrotnie wyższą cenę za wciąż źle, a może nawet jeszcze gorzej funkcjonujący produkt. Mimo to ze smutkiem obserwowałam w ostatnich latach znane polskie, i nie tylko polskie firmy, które próbowały „podłączyć się pod trend”, nie dysponując ani odpowiednimi konstrukcjami, ani materiałami nadającymi się do podtrzymania większego biustu. W takiej sytuacji wprowadzenie do oferty rozmiarów D+ może okazać się chyba tylko nieudanym zabiegiem reklamowym (skoro inni mają, to my też!).

Istnieją też ciągle rejony rozmiarowe, w których naprawdę nie trzeba stawać na głowie, by bić się o klientki. Nie trzeba wyróżniać się nie wiadomo czym - wystarczy zaoferować choćby znośny towar!

 

Powyżej G - biała plama, czarna dziura


Podtytuł ten zaczerpnęłam z maila od jednej z czytelniczek. Był on odpowiedzią na pytanie, które zadałam w związku z plebiscytem Kusidełko 2011 - dziwiłam się wtedy, dlaczego na kategorie rozmiarowe powyżej miseczki GG oraz JJ padło tak mało głosów. Wyczuwałam nastrój rezygnacji, związanej z niezadowoleniem z oferty w tej strefie. I chyba się nie pomyliłam. Oto, co napisała Czytelniczka:

„Droga Kasico, jest i nieco rezygnacji i niezadowolenia, ale to skutek niekończących się poszukiwań zawsze zakończonych klęską albo rozwiązaniem niezbyt dobrym.

[...] Nawet jeśli gdzieś się znajdzie miękki, kolorowy, jasny stanik typu balkonetka, to pomiędzy miską G a H (w polskiej rozmiarówce pomiędzy H a I-J) następuje nagły skok wysokości boczków, a szczególnie miejsca, w którym dochodzą ramiączka. W moim przypadku wygląda na to, że punktem krytycznym jest miejsce wszycia ramiączek z przodu (zawsze za szeroko) i podkrojenia tuż za nimi w stronę pachy - ZAWSZE jest o jakieś 1-2 cm za płytko. Te fragmenty obcierają skórę i/lub  wychodzą spod letnich ubrań. Mam wrażenie, że producenci nie zauważają, że kobieta z wąskimi żebrami jest też węższa z przodu, a nie tylko z tyłu i dlatego te ramiączka wchodzą pod pachę i obcierają skórę. 

Nadmieniam, że mierzyłam te rzekomo obniżone modele Panache i jak dla mnie to jest zdecydowanie za mało. Dalia, Samanta, Kris Line, Ewa Bień - wszędzie ten sam problem. Najlepiej mi w Gorsenii i Fantasie - ale też pod warunkiem, że miska jest za mała, bo przy skoku miski w górę, po prostu wszywają większą miskę w węższy obwód i wszystko, co było z przodu zaczyna wchodzić pod pachę (Gorsenia) lub bok skacze do góry (obie firmy).

Zazdroszczę wam tych wyborów kusidełek, wygodniczków, sportowych itp. Ja nadal szukam czegokolwiek, aby było.”

Dla wielu z Was opis ten brzmi znajomo, prawda? Czytelniczka opisuje typowy problem - syndrom złej konstrukcji charakterystyczny szczególnie dla stref powyżej miseczki G (a w skrajnej postaci znany pod kryptonimem trójkątnych kobiet). Mimo że mówimy o nim już od tylu lat, pozostał on wciąż nierozwiązany przez większość firm. A więc G-plusów nie tylko jest na rynku mniej, są one też nieodpowiednio skonstruowane.


Hannah Houston, dyrektor marketingu Curvy Kate (firma oferująca biustonosze w miseczkach D-K), mimo funkcjonowania na „nasyconym rynku”, dostrzega oba zjawiska równie wyraźnie jak my: „Na rynku widzę zaledwie kilka marek oferujących pełen zakres dużych miseczek. Wraz z powiększeniem się rozmiarów biustów w Zjednoczonym Królestwie nie wystarczy oferować rozmiarów kończących się na miseczce G. Nie tylko rosną biusty, również więcej kobiet korzysta z usług dobierania rozmiaru biustonosza. Większość z nich dowiaduje się, że potrzebuje znacznie większego rozmiaru miseczki, niż wcześniej sądziły - i wiele z nich w rzeczywistości potrzebuje więcej niż G”.

I dalej pada dokładnie to, o czym już była mowa, a co najbardziej chciałabym przekazać firmom bieliźniarskim: „Musimy tworzyć modele i kroje, które rzeczywiście sprawdzają się w tych rozmiarach - nie po prostu wystopniowane w górę [o wymiarach automatycznie przeliczonych z mniejszych], lecz takie, które rzeczywiście pasują, podtrzymują, modelują i unoszą cięższe biusty. Wiele firm nie oferuje biustonoszy w rzeczywiście pełnym zakresie rozmiarów, albo oferuje je w formie niezadowalającej dla klientek” - mówi Hannah Houston. Jeśli nie wystarczy głos klientek - może słowa przedstawicielki branży będą wiarygodne dla innych jej przedstawicieli?

 

Alternatywny świat a konsumencka perspektywa

Gdy spojrzeć z boku na te wszystkie rozważania, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że bieliźniarski marketing jakby oderwał się od rzeczywistości - tej, na którą składają się żywe biusty, żywe kobiety i ich potrzeby.

Mamy oto jakiś alternatywny świat, w którym rozmiary kobiecych biustów, w naturze tworzących szerokie, płynne spektrum, dzielą się na jakieś strefy: A-D, D+, G+, duże miseczki, małe miseczki. Świat trendów i brandów, kolejnych sezonów i kolekcji. W świecie tym rynek, na którym działa już pewna liczba nazw, wizerunków, kampanii, koncepcji i strategii, staje się nasycony i budzi obawę kolejnych graczy. Na tym rynku jakoby najważniejszy jest PR i marketing, a potrzeby klientów nie są ich własnymi potrzebami, lecz wymaganiami kreowanymi i podsycanymi przez marketerów.

I gdzie w tym wszystkim mieści się moja Czytelniczka i staniki, które zwyczajnie i prozaicznie uwierają ją w pachy?

Czemu spostrzeżenie, że świeżo wprowadzony do oferty rozmiar powinien prawidłowo leżeć na żywym biuście, wydaje się mieć wymiar rewolucyjnego odkrycia?

Nie będę udawała, że świat wiecznie zmiennej mody, trendów i marek mnie nie fascynuje i że nie rozumiem jego powabu. Rozumiem i to chyba widać ;) Jest jednak granica tego szaleństwa: własne zdrowie i podstawowa wygoda. Jeśli biustonosz nie nadaje się do noszenia, a co najwyżej do powieszenia na wieszaku - jego brand i styl, wizerunek i kampania reklamowa - nie są dla mnie istotne.

Mam nadzieję, że producenci i marketerzy bielizny nie będą tracić z oczu również tej perspektywy i że wciąż będą znajdowali się innowatorzy, którzy miast kreować i rozbudzać potrzeby, będą je także staromodnie odkrywać i zaspokajać. Tacy, którzy oprócz bicia się o uwagę klientek w mediach, będą „bić się” o najlepszą konstrukcję swoich produktów.

Mam nadzieję, że kiedyś przestaniemy się dzielić na D-plusy i G-plusy, i wszystkie staniemy się po prostu kobietami w równie doskonale dopasowanych stanikach i ubraniach. Kobietami, dla których zakupy są przyjemnością, nie - frustrującym i męczącym doświadczeniem. Na razie bowiem często staje mi przed oczyma obraz: kolorowy świat marek i produktów rozkwita i szaleje, wieszaki i półki pełne są ubrań i bielizny, a pośrodku tej klęski niby-urodzaju stoi bezradna i, przepraszam za słowo, wkurzona klientka...

Czy zdarza się Wam czuć tak samo?

[pierwsza ilustracja w notce przedstawia biustonosz Fantasie Esme w nasyconym różu ;) sfotografowany dzięki uprzejmości firmy b.style]

niedziela, 03 października 2010

Już dawno miałam chęć napisać tę notkę, ale ciągle coś mnie powstrzymywało - a to kolejna kolekcja do opisania, a to nowy nabytek do zrecenzowania... Ale uczciwie mówiąc - a chcę być wobec Was, drogie Czytelniczki, szczera - hamowała mnie pewna mniej lub bardziej podświadoma obawa. Obawiałam się otóż, że nie doczekam się głosów poparcia dla mych postulatów i że stanę samotnie na środku bra-rynku jako... jedyna, albo prawie jedyna w całym biuściastym ruchu, która nosi czasem... obwód 80! Czy był to uzasadniony lęk? Postanowiłam jednak zaryzykować... :-)


Osiemdziesiątki do lamusa?

80 vel brytyjskie 36 - ten dawno już niemodny, wręcz skompromitowany rozmiar, kojarzący się z przeciętnym sklepem z bielizną sprzed dziesięciu lat, w którym na mały biust proponowano 75A, a na trochę większy - 80B, naprawdę duże biusty zaś musiały zadowolić się np. 95D, niezależnie od proporcji biust-podbiuście...

Na szczęście powstał ruch biuściastych konsumentek i postawił sobie wielki cel: uwolnić szczupłe piersiaste sylwetki z najczęściej dużo za luźnych osiemdziesiątek i przesadzić je w okolice 70, z odpowiednio powiększoną miseczką. Dawne siedemdziesiątkipiątki z kolei masowo zamieniły cyfrę 7 na 6, i tak oto najmodniejszym rozmiarem biustonosza, przedmiotem marzeń tysięcy dziewcząt, rozmiarem, z którym nie wstyd pokazać się w towarzystwie, stało się D-plusowe 65. :-)

Powyższe zawiera, rzecz jasna, pewne złośliwe przejaskrawienia. Wszystkie wiemy doskonale, że prawidłowy rozmiar biustonosza nie ma nic wspólnego z modą - jedyna moda, jaka powinna go dotyczyć, to moda na... prawidłowy rozmiar biustonosza, czyli rozmiar idealnie dopasowany do właścicielki biustu. Nie do trendów, wymiarów modelek, ofert najbardziej znanych czy też luksusowych marek - lecz do konkretnych piersi i konkretnego obwodu tułowia. Jeśli więc ktosia mierzy pod biustem dużo więcej niż 70 - nie ma wyjścia, świat sześćdziesiątek pozostanie dla niej zamknięty!

Po co jednak to odkrywanie Ameryki w konserwach, plus ironiczna nuta? Pomyślicie: Kasica wreszcie postanowiła zwierzyć nam się ze swoich kompleksów - zawsze chciała być biuściastą nimfą o szczupłej kibici, wstydzi się swojej nieszczęsnej, grubej osiemdziesiątki i naszła ją ochota, by pomarudzić - ciekawe tylko, po co? Od marudzenia obwody nie maleją... Więc o co tu właściwie chodzi?


Czarna dziura pod ósemką

Wbrew tym narzucającym się wnioskom, postanowiłam podzielić się z Wami nie tyle kompleksami na tle parametrów cielesnych, co poczynionym niedawno odkryciem: w polskich „uświadomionych” sklepach z bielizną wcale nie ma tak dużego wyboru w obwodach zaczynających się na 8, jak można by oczekiwać.

Polska posiadaczka piersi ma obecnie do wyboru: 1) sklep tradycyjny albo sieciówkę, z miseczkami A-D i obwodami od 70 do plus nieskończoności znajdującej się w okolicach 100, 2) oświecony sklep bra-fittingowy z obwodami od zera... ee, 60, do... 75. Rycząca czterdzies... osiemdziesiątka, taka jak ja, wpada w czarną dziurę: na popularną ofertę biust za duży, na bra-elitarną - za duży obwód.

Żartuję? Bynajmniej. W czasach kupowania niemal wyłącznie rozmiaru 75 też trudno byłoby mi w to uwierzyć - przecież oferta większości znanych D-plusowych marek obejmuje przynajmniej 85, a poza tym, czego jak czego, ale szerokich obwodów na naszym rynku bielizny nigdy nie brakowało, w przeciwieństwie do wąskich.

Trzeba zresztą przyznać, że wybór w osiem-zero nie jest jeszcze najgorszy. Ale gdy w wyszukiwarce jednego z polskich sklepów wybrałam obwód 85, mym oczom ukazał się obraz nędzy i rozpaczy - wyszukanych propozycji było o ponad połowę mniej niż w 65, mimo że ten pierwszy rozmiar obwodu jest w stałej ofercie wszystkich dostępnych w sklepie producentów. Eksperyment powtórzyłam w innym sklepie, z podobnym rezultatem. Z 80 jest tylko trochę lepiej niż z 85.

Dla porównania: w brytyjskim Bravissimo, specjalizującym się w bieliźnie D+, liczba modeli w rozmiarach: 30G, 36G i 38G była zbliżona - około sześćdziesięciu. Bravissimo nie stosuje więc dyskryminacji obwodowej (gorzej z miseczkami, zwłaszcza w G+, ale tu winę ponoszą jednak producenci, którzy wiele modeli kończą na G).

Skąd te różnice między Zjednoczonym Królestwem a Polską? Już widzę potencjalne uzasadnienia: Brytyjki są przeciętnie tęższe od Polek, więcej tamtejszych klientek potrzebuje szerokich obwodów - dlatego jest ich w sklepach dużo. Dlaczego w takim razie Bravissimo nie postanowiło zaoszczędzić na tych szczupłych i nie sprowadzić o połowę mniej trzydziestek? Najwidoczniej ważniejsze jest dla firmy co innego: zapewnienie maksymalnego wyboru dla wszystkich rozmiarów, tak, by żadna kobieta nie wyszła ze sklepu z poczuciem, że firmie na niej nie zależy.


Przyciągnąć dyskryminowane

Nie chcę tu potępiać naszych firm - przypuszczam, że mniejszy wybór w osiem-plus podyktowany jest rachunkiem ekonomicznym. Budżety polskich biznesów są nieco mniej obfite od brytyjskich. Najwidoczniej więcej klientek zgłasza się po sześćdziesiątkipiątki, niż po osiemdziesiątki i wyżej, skoro rozmiary powyżej 75, nawet jeśli są zamawiane, to w niewielkich ilościach. Ale dlaczego tak jest? Jakoś obserwacja naszych ulic mówi mi co innego, niż wynika ze sklepowych statystyk - bynajmniej nie spacerują po nich same szczupłe i bardzo szczupłe kobiety. Osiemdziesiątki są wśród nas!

Być może przeciętna osiemdziesiątka jest od sześćdziesiątkipiątki starsza i mniej łasa na modne nowinki czy gotowa na zmianę przyzwyczajeń. Może rzadziej zagląda do nowo otwartych sklepów czy przymierza nieznane wcześniej marki. Ale nie znaczy to, że nie potrzebuje właściwego dopasowania, i że nie mogłaby zostać bra-koneserką, podobnie jak jej sześćdziesiątkowa koleżanka. Może też być zniechęcona tym, że bra-fitting kojarzony jest przede wszystkim z wąskimi obwodami. A rzadko która kobieta uważająca się za tęższą uzna, że potrzebuje nagle węższego obwodu biustonosza.

A może warto byłoby zacząć docierać do tego nieco zaniedbanego segmentu rynku? Przecież to, drogie Sklepy, całkiem spora liczba potencjalnych klientek. Nie jestem specjalistką od marketingu czy reklamy - ale wierzę w Was, że je także potraficie przyciągnąć do siebie.

Koniec końców, nie owijając w bawełnę - jako osiemdziesiątka, zaczynam czuć się troszkę dyskryminowana. Tak, jak czułam się niegdyś jako nosicielka brytyjskiego G czy GG, i przez tych kilka lat zdążyłam się już od tego uczucia odzwyczaić :-) Wiele z Was, drogie Biuściaste, zna rozmiarową dyskryminację z różnych stron - np. braku miseczek G+ czy braku obwodów 70-. Pomału jedna i druga okoliczność staje się przeszłością.

Może trochę przesadzam, bo w końcu  nie jest tak, że wyboru nie ma: jest, tylko mniejszy... Cóż, apetyt rośnie w miarę jedzenia: marzy mi się, żeby cały polski rynek wyglądał tak, jak oferta Bravissimo w poszczególnych obwodach: żeby każda z nas miała taki sam wybór, niezależnie od któregokolwiek ze swoich parametrów.


Mrzonki?

Być może. Pamiętajmy jednak, że jeszcze kilka lat temu mrzonką wydawał się ten stan, który mamy obecnie. Wtedy mówiono nam, że miseczki powyżej D i wąskie obwody się nie sprzedają i że nie da się na nich zarobić. Na szczęście nie słuchałyśmy.


A zatem: co Wy na ten mały, nieco prowokacyjny manifest? Czy Wy także zauważacie brak większych obwodów na rynku? A co o tym myślą nasze Sklepy?

Osiemdziesiątki, czy jesteście wśród nas? Ten rynek potrzebuje usłyszeć Wasz głos! :-)


piątek, 27 sierpnia 2010

Nie od dziś wielkim zaciekawieniem obserwuję, jaką karierę w naszym kraju robi pojęcie bra-fitting - przed kilkoma laty całkowicie nieznane, teraz obecne w pismach kobiecych, reklamach sklepów, bielizny, imprez (bra-fittingowych, a jakże)... Angielskie słówko wylansowane przez kobiety na Lobby Biuściastych przejęli i włączyli do swojego repertuaru specjaliści od marketingu. Pozytywne skutki nowej mody odczuwamy wszystkie - wreszcie w celu ubrania naszych DD-plusowych biustów nie jesteśmy zmuszone do prywatnego importu, robią to bowiem za nas nasi dystrybutorzy i sklepy, widząc w tym najwidoczniej coraz lepszy interes. Co więcej, ubierać nas zaczynają pomału firmy polskie. Jednym słowem - wiwat bra-fitting!

Zjawiska te od jakiegoś czasu nasuwają mi pewną refleksję, którą postanowiłam się z Wami podzielić. Otóż bra-fitting to nic innego, jak dobieranie stanika. Czemu wypowiadam tę oczywistość? Bo zaczynam mieć wrażenie, że reklama kreuje pojęcie bra-fittingu jako czegoś niezwykłego, wyjątkowego, dostępnego w nielicznych sklepach i dzięki nielicznym markom - „bieliźnie bra-fittingowej” (spotkałam się z używaniem takiego terminu).

Kobieta może więc dziś po prostu pójść do sklepu i kupić sobie stanik, albo - jeśli nadąża za trendami - poddać się bra-fittingowi czy też zakupić bra-fittingową bieliznę. Myślę, że kwestią czasu jest pojawienie się specjalnych butów shoe-fittingowych (w odpowiednim zakresie rozmiarów, obejmującym nie tylko długość, ale i np. szerokość - coś, na co w Polsce wciąż czekamy), oraz odzieży clothes-fittingowej (tu w pewnym sensie prekursorką jest moja ukochana firma BiuBiu - ale ona rzeczywiście jest wyjątkowa i lepiej pasowałoby określenie: breast-fittingowa ;-), która - o rewolucjo! - szyta byłaby w większej liczbie rozmiarów niż, powiedzmy, pięć! (oj, chętnie zobaczyłabym taką rewolucję w niektórych markach...) ;-) Bielizna, odzież i obuwie, które pasują - toż to niesamowite! Brzmi trochę absurdalnie, prawda? Dlaczego?

Dlatego, że dla nas, jako konsumentek, odpowiednia liczba rozmiarów i krojów do wyboru - tak, by każdy biust, stopa i ciało mogły się odpowiednio ubrać - powinna być czymś absolutnie oczywistym. To nieco bałamutne pojęcie „bielizny bra-fittingowej” nie oznacza niczego innego, jak po prostu bieliznę szytą w szerokim zakresie rozmiarów. To prawda, że w dużych zakresach rozmiarów specjalizują się obecnie konkretni producenci i tworzone przez nich marki. Ale czy owa bra-fittingowość sprawia, że bielizna ta staje się wyjątkowa, rządzi się innymi prawami i stawiamy jej inne wymagania? Dobrego podtrzymania biustu i prawidłowego układania się wymagamy przecież nie tylko od biustonoszy marek Freya, Panache czy Curvy Kate, ale po prostu od wszystkich biustonoszy. Od Triumpha w rozmiarze 75B też. To działa też w drugą stronę - od brytyjskich marek DD-plusowych mamy prawo wymagać komfortu, urody i efektownego eksponowania biustu, bo ich produkty służą do noszenia - nie tylko „do bra-fittingu”.

W całym biuściastym ruchu konsumenckim nie chodzi bynajmniej o ubranie całej Polski w inne marki bielizny niż dotychczas, tylko o sprawienie, by wszystkie kobiety zyskały dostęp do biustonosza we właściwym dla siebie rozmiarze, odpowiedniej jakości. Żeby było im wygodnie, niezależnie od tego, czy powinny nosić 80C, czy 65H. Chodzi o to, by coraz więcej kobiet potrafiło ocenić dopasowanie i jakość stanika oraz dokonać odpowiedniego zakupu, wspierając tym samym te firmy, których produkty odpowiadają ich wymaganiom. To kolejna oczywistość, warta jednak czasem wyjaśnienia, zwłaszcza tym, którzy na ten ruch konsumencki patrzą z zewnątrz czy też od niedawna.

Doskonale wiemy, że znane nam marki DD-plusowe to wcale nie jest bielizna idealna, która zadowoli każdy biust - dowiadujemy się tego na co dzień, na forach czy w komentarzach, widać to np. po Waszych wypowiedziach nadesłanych na Wygodny Konkurs, wiedzą o tym nasze bra-fitterki. Problemy dotyczą konstrukcji, materiałów, i jest ich całkiem sporo - mamy nadzieję, że dzięki zaangażowaniu konsumentek będą one stopniowo rozwiązywane.

Podsumowując - coś, co ze zrozumiałych względów promuje się jako rewolucyjną nowość (bo i jak inaczej przyciągnąć klienta?), jest tak naprawdę czymś absolutnie i dogłębnie zwyczajnym. Ta zwyczajna rzecz nazywa się dopasowany stanik :-)

[Zdjęcia zostały zrobione w warszawskim salonie LiParie. Warto odnotować, że przedstawiają wyłącznie bieliznę marek polskich, w rozmiarach zbliżonych do rozmiaru autorki - co miało stanowić ilustrację postępu na rynku :-)]

sobota, 12 czerwca 2010

Istny szał działania zapanował w naszym DD-plusowym świecie. Spotkania bra-fittingowe, promocje, konkursy i... kursy. Niedawno otrzymałam od firmy So Chic!, polskiego dystrybutora marek Panache, informację o nowym przedsięwzięciu połączoną z prośbą o, jak to się mówi, zajawienie akcji w blogu. Akcja nazywa się Zostań bra-fitterką Panache i jako że już sama nazwa uruchomiła mi w głowie lawinę pytań i skojarzeń oraz chęć podzielenia się nimi z Wami, postanowiłam, że podejmę temat.

Akcja polegać ma na kilkudniowym szkoleniu bra-fitterskim w siedzibie firmy w Malborku, a jego celem, według So Chic!, ma być stworzenie prężnej grupy bra-fitterek, które będą reprezentowały marki Panache na, cytuję, wszelkiego rodzaju eventach organizowanych na terenie Polski przez dystrybutora. Na zgłoszenia kandydatek (poszukiwane są „osoby z pasją, które żyją i interesują się bra-fittingiem”) firma czeka do 20 czerwca. Szykuje się więc najwyraźniej dużo eventów... Dobrze? Chyba tak.


Markowy bra-fitting?

Powiem szczerze, że do sformułowania typu „bra-fitterka firmy X” czy „ekspertka marki Y” zawsze podchodziłam z pewną rezerwą. Oczywiście, to prawda, że produkty różnych firm różnią się między sobą. Do sprawnego doradzania klientkom bra-fitterce potrzebna jest wiedza, który z modeli z największym prawdopodobieństwem sprawdzi się na danym typie biustu czy sylwetki, np. jakich lepiej unikać przy biustach ciężkich czy szczególnie wymagających, jaki krój nadaje piersiom jaki kształt, i tak dalej, i tak dalej. Innymi słowy, warto dobrze poznać konkretny towar, bo wiedza ta nie jest do końca uniwersalna i czasem się okazuje, że pozornie podobne modele różnych marek mają nieco różne właściwości. Poprawcie mnie, drogie bra-fitterki, jeśli się mylę.

Wydaje się więc, że szkolenia organizowane przez producentów biustonoszy mogą okazać się przydatne w zdobywaniu doświadczenia bra-fittingowego. Z drugiej strony jednak - pamiętamy różne nienajlepszej jakości eventy firmowe, takie jak pierwsza edycja „Piersi do przodu”, gdzie część bra-fitterek nie popisała się fachowością. Większość z nas miała w swoim życiu okazję obserwować sytuacje, gdy skuteczna sprzedaż była ważniejsza od właściwego doboru. Pamiętamy powtarzaną przez ekspedientki w sklepach Triumpha rewelację „70D i 75C - w NASZEJ firmie to JEST to samo”, brzmiącą jak wyjęta żywcem z jakiegoś szkolenia :-)

Innymi słowy, posiadanie przez bra-fitterkę certyfikatu producenta X nasuwa pytanie: czy mamy do czynienia z dobrą bra-fitterką, czy też przede wszystkim ze skutecznym sprzedawcą produktów X? A przecież nie ma marek oferujących biustonosze na każdy biust. Nawet wśród tych o szerokiej rozmiarówce! Nie wszystkie biusty kochają Panache, podobnie jak nie wszystkie przepadają za Freyą - jako konsumentki wiemy o tym doskonale. Wie o tym także każda fachowa bra-fitterka i uczciwość nakazuje jej nie ukrywać tej wiedzy przed klientką.


Trudne pytania

Oczywiście spodziewam się, że szkolenie organizowane przez So Chic! będzie przeprowadzone fachowo - w końcu to już doświadczona firma. Jestem bardzo ciekawa, jaki będzie program tego szkolenia. Czy potencjalne bra-fitterki Panache będą miały do czynienia z „żywym biustem”, czy też czeka je głównie teoria? Czy szkolenie to jest raczej propozycją dla osób doświadczonych, czy też dla chcących dopiero zacząć przygodę z bra-fittingiem?

Wiem też, że na szkoleniu pojawi się konstruktorka biustonoszy Panache. Jaką wiedzą podzieli się z uczestniczkami? A może będzie także odwrotnie - to one podzielą się pewną wiedzą z nią?

Marzy mi się, żeby wśród potencjalnych bra-fitterek Panache trafiających na szkolenie znalazły się osoby nie obawiające się zadawać trudnych pytań. Co zrobić, gdy żaden rozmiar ani model Panache nie wydaje się pasować danej osobie? Jak radzić sobie z błędami konstrukcyjnymi, które nam doskwierają w małych obwodach i dużych miseczkach? Jeśli któraś z Was ma chęć pracować przy imprezach Panache i jednocześnie czuje w sobie odrobinę konsumenckiej misji, może mogłaby w ramach szkolenia podzielić się z konstruktorką naszymi problemami.


Kto wyszkoli bra-fitterkę?

Na zakończenie wracam do głównego pytania, które zadźwięczało mi w głowie w związku z niniejszą „zajawką”. Kto właściwie według nas, konsumentek, powinien zająć się szkoleniem bra-fitterek - tych, które pracują na co dzień w sklepach z bielizną i tych, które obsługują różne imprezy bra-fittingowe? Czy ufamy pod tym względem dużym firmom bieliźniarskim, czy też wolimy niezależnych szkoleniowców, takich jak Maria Dastych - Maheda? A może przydałyby się także certyfikaty przyznawane przez stowarzyszenia konsumenckie? Jeśli zamierzacie szkolić się w tym zawodzie - czego oczekujecie od Waszych nauczycieli, jaka powinna być forma takich szkoleń, czego najbardziej chciałybyście się dowiedzieć?

Jestem ciekawa, czy któraś z Was zgłosi się na szkolenie w So Chic (firma sponsoruje dojazd, nocleg i wyżywienie, trzeba tylko zainwestować czas). Jeśli tak, to czego się po nim spodziewacie? Mam nadzieję, że do komentarzy zajrzą przedstawiciele firmy i odpowiedzą na ewentualne pytania. No i, rzecz jasna, gdy już wrócicie ze szkolenia - zapraszam do podzielenia się wrażeniami.

Zachęcam też do zaglądania na Balkonetkę, bo zdaje się, że niebawem pojawi się tam kolejny ciekawy wywiad :-)

Ilustracje do notki to kadry z filmu „Tajniki perfekcyjnego dopasowania” zamieszczonego na stronach So Chic.


 
1 , 2
Archiwum
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...