Wpisy z tagiem: M&S

sobota, 10 stycznia 2015

Na czas zimowych wyprzedaży szykowałam się jeszcze przed Świętami, ale chyba miałam pecha. Nie załapałam się na to, na co najbardziej ostrzyłam sobie ząbki (na przykład umknęła mi przecena złotej Clary na Figleaves... chlip!), a reszta tego, co chcę, jakoś nie jest jeszcze przeceniona :-) Zorientowałam się jednak, że niektóre z nabytków ostatniego półrocza, których recenzję jestem Wam winna, pojawiają się tu i ówdzie w lepszych ceniach. O Juliet z Marksa i Spencera pisałam Wam przy okazji relacji z brafittingu tamże (z którego miałam bardzo pozytywne wrażenia). Ciemnoszmaragdowego plandża, którego wtedy kupiłam, widziałam już na wieszakach z wyprzedażą w którymś ze stołecznych Marksów, choć nie pomnę, w którym (w grę wchodzi Arkadia bądź Złote Tarasy). Tę miękką balkonetkę w kolorze nocnego nieba widziałam jeszcze w normalnej cenie, ale kto wie, czy nie zostanie ona za chwile obniżona. Tak czy owak - oba modele warte są moim zdaniem dokładniejszego opisu.

Juliet niestety nie udało mi się już znaleźć na stronie Marksa - zapewne nasi przyjaciele z UK już dawno ją wyprzedali po lepszej cenie. Jest już za to jej nowa wersja w intensywnym różu, także całkiem sympatyczna, choć ja wolę tę - ma barwniejsze piórka :-)

 

Marks&Spencer (M&S Collection) - Juliet [Rozmiary miseczek: DD-G, obwody: 30-44, cena: 119 zł]

 

Estetyka

W piórka każda szanująca się fashionistka stroi się już od kilku lat i jak widać, nie chcą one wyjść z mody. Sama bardzo polubiłam ten motyw, więc z radością witam piórka zarówno w postaci nadruku na dolnej części miseczki, jak i haftu u góry. Haft jest szczególnie ciekawy, ponieważ nitki połyskują tu dwoma odcieniami granatu. Nadrukiem pokryte są też ramiączka w przedniej części. Te piórkowe wzory (i przyzwoita konstrukcja) to główne atuty Juliet.

Juliet jest znośnie zharmonizowana kolorystycznie, różnice w odcieniach poszczególnych części są niewielkie. Sam kolor jednak mógłby być nieco ciekawszy, odrobinę żywszy - zwłaszcza tył biustonosza robi trochę ponure, szkolno-granatowe wrażenie. Powiedziałabym, że Juliet przypomina stylistycznie Freyę bądź Fantasie (tę ostatnią także konkstrukcyjnie), jednak bardzo brakuje mi tu wzorzystego tyłu, co u Frei jest regułą i eliminuje przeważnie nudny charakter tej części biustonosza. Kokardki w Juliet reż mogłyby być mniej pospolite.

Jeszcze jedno trochę mi przeszkadza - dolna część miseczek w trakcie noszenia trochę się marszczy (poziomo), być może to jednak bardziej kwestia napreżeń wynikających z konstrukcji, niż samych materiałów. Zapięcie co prawda nie jest szczególnie mięsiste, ale nie odkształca się w noszeniu ani trochę, mimo dość ciasnego obwodu.

 

Dopasowanie

Rozmiar 36G tutaj pasuje na mnie idealnie. Marksy nie są do końca przewidywalne rozmiarowo, różnie bywa u nich z obwodami, miseczki też nie zawsze mają tę samą głebokość - G bywa na mnie za małe, choć przeważnie jednak pasuje. Warto zauważyć, że w rozmiarówce M&S nie ma miseczki FF, co może komplikować sprawę. Mimo wszystko Juliet nie była żadnym zaskoczeniem. Obwód jest dość ścisły, a miseczki leżą idealnie.

 

 

Kształt



Okrągły, uniesiony i zebrany na poziomie znanych nam brytyjskich balkonetek. No, może zebranie mogłoby być odrobinę lepsze, ale to samo można powiedzieć także o wielu modelach innych marek. Krótko mówiąc, jeśli jesteśmy przyzwyczajone do Frei czy Fantasie, nie będziemy zawiedzione kształtem w Juliet. Jak już wspomniałam, forma piersi jest okrągła, bez spłaszczania czy szpiców, ani rozstawiania.

 

Konstrukcja i podtrzymanie

Mam wielki sentyment do tak skonstruowanych i leżących staników. Konstrukcja Juliet to dobrze nam znana trzyczęściowa balkonetka, o zbliżonej do poziomu linii dekoltu, bez nadmiernego zabudowania. Do złudzenia przypomina balkonetki Fantasie, te bez side supportu - takie, jakie nosiłam z wielkim entuzjazmem kilka lat temu (ktosia pamięta jeszcze model Lily? :-). Radzi sobie bez większego problemu z unoszeniem i zbieraniem biustu, podtrzymanie też jest bez zarzutu - to dość ścisły trzyhaftkowiec. Fiszbiny nie są ani wąskie, ani nadmiernie szerokie, dla mnie w normie - ale jeśli szukacie wąskofiszbinowców, to Juliet może niestety nie spełnić Waszych wymagań.

Wygoda



Po wcześniejszych doświadczeniach z miękką marksową balkonetką, którą kupiłam sobie w Anglii, tu mam bardziej pozytywne wrażenia. Tamta miała fiszbiny „wiszące” (bandless) i oczywiście gniotła mnie dolną krawędzią mostka w skórę w okolicy żołądka, nie ponosiłam jej więc długo (a szkoda, bo poza tym nie miała większych wad). Ta ma porządną konstrukcję kołyskową i dół wykończony w przyjazny dla ciała sposób.



Nie jest to jednak superkomfortowy stanik. Przy pierwszym podejściu moja ocena była zaledwie „dostateczna” (3 kokardki, czyli „da się wytrzymać, choć nie nosi się z przyjemnością”), lecz po pewnym czasie zrobiłam się mniej surowa - ciekawa jestem nota bene, od czego to zależy, że jednego dnia zauważam mnóstwo niewygód, które następnego już zupełnie nie dają mi się we znaki. Mam wrażenie, że zależy to w pewnym stopniu od mojego nastroju :-) Są dni, kiedy denerwuje mnie każda nierówność odzieży dotykająca skóry. Ciekawa jestem, czy też macie takie odczucia?

Wróćmy jednak do oceny. Kiedy jestem bardziej krytyczna - uważam, że ramiączka trochę się wpijają (są zbyt mało elastyczne), miejsce ich wszycia z przodu drapie (końcowki szwów), a dolna guma jest nieco gniotąca (choć uczciwie mówiąc - być może większy rozmiar obwodu zlikwidowałby ten akurat problem? W końcu trzyhaftkowiec w 38 nie musiałby być koniecznie na mnie za luźny). Obawiałam się też wpijających fiszbin na mostku, na szczęście tego akurat nie odczuwam. Górna krawędź haftu jest również drapiąca, ale odczuwam to tylko w ręku, nie na piersiach. Pod względem wygody jednak wygrywa mój drugi nabytek - usztywniany plandż Rachel, o którym też mam nadzieję Wam napisać.

 

Cena

Regularna cena Juliet (119 zł) nie należy do wygórowanych jak na D-plusowy biustonosz. Za tę cenę otrzymujemy nie luksusową, ale przyzwoitą jakość i design - uważam, że jest adekwatna, choć oczywiście zawsze marzyłoby się taniej... Producent mógłby tylko bardziej dopracować kwestię wygody, wówczas byłabym w pełni zadowolona.

Jeśli uda Wam się upolować gdzieś Juliet za pół ceny - polecam, cena w okolicy 60 zł za ten model będzie już bardzo dobra :-)

 

Galeria

Zapraszam Was do bliższego rzutu okiem na piórka Julietty :-)

 

 

Podsumowanie

Po tym doświadczeniu będę nadal śledzić Marksowskie miękkie balkonetki, uważnie jednak przyglądając się oferowanemu poziomowi komfortu. Design, jak widać, potrafi być niezły, a konstrukcja nawet bardzo dobra. Freye są jednak wygodniejsze - choć, trzeba powiedzieć, także znacznie droższe.

Ciekawa jestem, jakie są Wasze doświadczenia z miękkimi produktami M&S, i z pozostałymi także. Słyszałam głosy o niewygodnych fiszbinach - ja jak dotąd tego akurat nie doświadczyłam. Czy ostatnio poprawiła się w Waszej okolicy dostępność D-plusów tej marki?

wtorek, 23 września 2014

Marks&Spencer - brytyjska sieciówka, którą znają chyba wszyscy. Ma swoje przybytki na całym świecie, z czego kilkaset w samym UK i kilkanaście w największych miastach Polski. Dział bieliźniany Marksa obfituje w biustonosze D+, z których większość to modele D-G lub D-GG. Asortyment jednak różni się mocno w zależności od kraju - w Polsce modeli z zakresu D-G spotykałam co najwyżej kilka, podczas gdy w Wielkiej Brytanii z Marksa mogłabym wyjść z przynajmniej kilkunastoma nabytkami. Trzeba jednak przyznać, że jeszcze kilka lat temu zaopatrzenie polskich Marksów w D-plusy wynosiło zero modeli. ZERO. A więc coś się ruszyło - a ruchy we właściwym kierunku należy popierać :-)

Do najwiekszego warszawskiego Marksa wybrałam się bez wielkich oczekiwań. Zaglądałam tam kilka razy latem i byłam na tyle rozczarowana, że nie było o czym mówić - zaopatrzenie w D-plusy wyglądało na gorsze, niż jeszcze wiosną zeszłego roku. Pomyślałam, że mimo to dam szansę jesiennym kolekcjom - a nuż coś się trafi...

 

Spacerem wśród regałów

Miejsce akcji: Sawa, ul. Marszałkowska 104/122.

To największy sklep tej sieci w Warszawie. Ma dwa piętra, bieliznę znajdziemy na pierwszym (parter to dział spożywczy i część odzieżowego). Z doświadczenia wiem, że zarówno ubrań, jak i bielizny jest tam największy wybór spośród sześciu warszawskich Marksów. Można więc przypuszczać, że jest tam największa oferta D-plusów w całym kraju (wiele z Was pisało, że poza Warszawą wybór jest mniejszy albo wręcz w ogóle nieistniejący). Wybrałam się tam w sobotnie popołudnie, obawiając się, czy nie zastanę zamkniętych drzwi, jak w wielu innych sklepach poza centrami handlowymi, ale nic z tych rzeczy - właśnie sprawdziłam, że w sobotę jest czynne do 21, a w niedzielę - do 20:00. Tak więc, jeśli macie ochotę na weekendowy wypad do centrum Warszawy, możecie wpaść na rekonesans.

Przywitał mnie plakat o... brafittingu. To już zdaje się nie pierwsza tego typu akcja w Marksie - chodzi o zniżki na biustonosze, które otrzymuje się po konsultacji z brafitterką. Minęłam go bez większego zainteresowania - rozmiar swój znam, a do tego byłam przekonana, że znowu nie będzie co przymierzać i że skończy się na mierzeniu sukienek. Z obowiązku jednak zaczęłam od działu bieliźnianego. Co tam znalazłam?

Prawie obok schodów popatrzył na mnie ciemny szmaragd. Był to znany już zarówno z angielskich, jak i z polskich wieszaków model, który zresztą przywiozłam sobie z Anglii w kolorze czarnym, a który najwyraźniej zyskał nową barwę. Wciąż nie wierząc w szczęście, podeszłam bliżej i... zgarnęłam niejaką Rachel z kolekcji Autograph w rozmiarze 36G (ciekawe - nigdy wcześniej nie zauważyłam, by staniki M&S miały imiona!).

Przepraszam Was za okropną jakość sklepowych zdjęć - robiłam je telefonem, bo wizyta miała charakter spontaniczny, nie planowałam żadnych blogowych relacji. Swoją drogą - brytyjski przybytek był znacznie lepiej oświetlony i nawet fotki robione komórką wychodziły tam całkiem znośne. Warszawski oddział mógłby trochę lepiej urządzić swoje sklepy!

Kolor tych nie-czarnych staników lepiej odaje foto z początku notki. Jest naprawdę ładny - dlatego, jako maniaczka zieleni, skusiłam się na cały komplet!

 

Dalsza inspekcja wykazała smutną nieobecność usztywnianych plunge'y w zakresie D+ - z wyjątkiem znalezionych później bazowych dwupaków (a wiecie, jaki jest mój stosunek do bazy). A czemu zwróciłam na nie uwagę? Bo było ich wszędzie pełno, tylko wszystkie do DD...  

Plandży w kolorach bazowych i sezonowych było znacznie więcej - zdominowały sklep. Niestety żadne z kolorówek nie występowały w rozmiarach D+.

 

Na jednym z niskich regałów wyczaiłam jeszcze przyjemne różowe balkonetki w kwiatowy nadruczek, które przymierzałam już kiedyś i które wspominam pozytywnie.

 

Ale naprawdę ciekawie zrobiło się dopiero „za winklem”, czyli po drugiej stronie dużego regału. Zdaje się, że to pierwszy w historii polskiego M&S regał z samymi, albo prawie samymi D-plusami! Odkryłam tam wreszcie coś miękkiego i kolorowego: dwie miękkie balkonetki. Obok wisiały nieszczęsne bezfiszbinowe skorupiaki, które przymierzałam już rok temu i które niestety nie rozdzielają ani nie zbierają porządnie biustu, a także wspomniane dwupaki plandży. Jedną z balkonetek - tę w granacie, z piórkowym wzorem (Juliet) zgarnęłam również w rozmiarze 36G.

Najciekawsze miękkie modele. Ten pośrodku też już kiedyś przymierzałam i pamiętam, że mnie nie zachwycił. Szara balkonetka z lewej była OK, a granatową kupiłam!

 

Szara balkonetka. Przymierzałam ją już kiedyś - pamiętam, że była OK, choć nie pomnę, jak tam było z rozciągliwością obwodu.

 

Balkonetka w pierzasty wzorek, która urzekła mnie nie tylko piórkami, ale i kolorem oraz mieniącym się haftem (lepsze zdjęcia będą, mam nadzieję, w recenzji :-)

 

D-plusowe usztywniane bezfiszbinowce (fajna ciekawostka, ale jednak nie rozdzielają biustu dostatecznie) oraz miękki full-cup, dostępny także w dużych obwodach (widziałam 42).

 

Dwupaki D-G - bezszwowe plandże w kolorach bazowych


Przechodziłam także obok regału z minimizerami i zobaczyłam tam przynajmniej dwa kolorowe modele. Ale nie pokażę ich Wam. Marksowskie minimizery zamierzam konsekwentnie bojkotować, ponieważ robią one z biustem coś tak strasznego, że powinno to być zabronione. Wiem, bo przymierzałam i wolę już tego nie pamiętać - wyglądałam w nich, jakbym zrobiła sobie jakąś krzywdę...

 

W przymierzalni

Objuczona dwoma egzemplarzami przebiegłam jeszcze przez dział odzieży, skąd zgarnęłam chyba pięć sukienek, i udałam się przymierzać. O sukienkach rozwodzić się nie będę (niektóre nawet nie były dramatycznie za duże wszędzie indziej oprócz biustu), skupię się na stanikach.

Ciemnoszmaragdowa Rachel okazała się trochę za luźna w obwodzie, luźniejsza niż nabyta przed rokiem wersja czarna. Nie jest to jednak nic, czego nie dałoby się zniwelować zapięciem na ciaśniejsze haftki. Granatowa balkonetka natomiast pasowała jak ulał i była wygodniejsza niż przywieziony wcześniej z UK miękkus. Okazuje się, że podobnie jak np. w Panache, tak i w Marksie wolę wersje banded od bandless, które uwierają mnie dołem mostka. Oba modele jednak bardzo mi się spodobały, poczułam się też w obowiązku, żeby trochę „pozgłaszać popyt” :) Krótko mówiąc, postanowiłam kupić obia staniki i to w miarę możliwości z majtkami. Oddałam więc sukienki i ruszyłam na poszukiwanie majtek. Niestety miękkus wbrew napisowi „matching knickers available” takowych do kompletu nie posiadał. Spytałam później jedną z pań, czy mam szansę na maczingujące nikersy w najbliższej przyszłości i dostałam odpowiedź, że szansa jest, bo majtki do kompletu czasem przychodzą później ;)

Jeszcze raz przepraszam za jakość zdjęć - mam nadzieję zrecenzować oba nabytki i wtedy urządzę im odpowiednie sesje :-)

 

Bra-fitting

Czas na clou programu :-) Skoro już zamierzałam trochę wydać - przypomniałam sobie o zapowiadanej zniżce 25 zł. Miłe panie poinformowały mnie, że żeby dostać specjalny kuponik i zapłacić 25 zł mniej, należy skonsultować się z brafitterką ORAZ kupić biustonosz w cenie przynajmniej 139 zł. Ponieważ Rachel akurat tyle miała na metce (miękkus mniej), zażądałam brafittingu :-)

Po krótkiej chwili czekania nadeszła miła pani i uprzejmie zaoferowała pomoc. Powiedziałam szczerze, że z rozmiarami chyba problemu nie mam, ale że chętnie pokażę się pani w swoich potencjalnych nabytkach, żeby mogła to sprawdzić :-) Padło pytanie, czy chciałabym, żeby weszła ze mną do przymierzalni, na co odparłam, że wolałabym sama włożyć biustonosz i poprosić, żeby zajrzała. Tak też się stało.

Na pierwszy ogień poszła Rachel. Pani Paulina (bo później poznałam jej imię) od razu stwierdziła, że obwód jest trochę za luźny. Mogłaby mi co prawda zaoferować rozmiar 34, ale miseczki wtedy byłyby prawdopodobnie za małe. W tym momencie już nie miałam wątpliwości, że mam do czynienia z osobą fachową i nie próbującą mnie przekonywać do kupna nieodpowiedniego rozmiaru.

Zgodziłam się z opinią mojej opiekunki i powiedziałam, że mimo to jestem zdecydowana na kupno (moja decyzja nie była kwestionowana, co uważam za rzecz całkowicie prawidłową!). Miękkus natomiast został oceniony dobrze - zgodziłyśmy się, że jest ciaśniejszy w obwodzie od usztywnianego i lepiej trzyma. Padło jeszcze kilka słów o tym, że fiszbiny leżą prawidłowo - wokół piersi, nic się nigdzie nie wpija ani nie wrzyna. Gdybym potrzebowała - przypuszczam, że otrzymałabym dłuższą lekcję dopasowania. Nie udawałam jednak, że nie jestem zorientowana w temacie - bo strasznie nie lubię udawać (z tego powodu słabo nadaję się na tajemniczą klientkę :-).

Po bra-fittingu dostałam kuponik uprawniający do zniżki, który wygląda tak - a właściwie tak wygląda jego część, którą mogłam zachować, gdyż właściwy kupon zniżkowy został odcięty:

Przy okazji zamieniłam kilka słów zarówno z panią Pauliną, jak i inną panią obsługującą przymierzalnie, starając się przekazać, jak bardzo potrzebujemy, żeby centrala zwiększyła asortyment dużych miseczek w Polsce. Pani Paulina wyraźnie powiedziała, że jej zdaniem wybór powinien być większy i że zdarza się, iż nie jest w stanie zaproponować klientce niczego, co by pasowało - bo tego po prostu nie ma w sklepie. Zgodziłyśmy się jednakowoż, że kiedyś było dużo gorzej, że jest lepiej, a powinno być jeszcze lepiej ;-) Po tej miłej pogawędce wyskoczyłam z ponad dwóch setek polskich złotych, po zniżce oczywiście (lobbowanie kosztuje!) oraz syta wrażeń udałam się do działu spożywczego, gdzie czystym przypadkiem przy kasach zauważyłam tę oto ulotkę (niewykluczone, że w odzieżowym też była):

Nie jest to może najlepsza ulotka na świecie, ale najważniejsze kwestie zostały poruszone. Największe zastrzeżenia mam do punktu o obwodzie. Powinno zostać wyraźnie podkreślone, że obwód powinien leżeć poziomo i nie podnosić się do góry ani z tyłu, ani z przodu. Reguła o dwóch palcach zaś niestety grozi nieprawidłową interpretacją. W zamyśle chodziło o to, że obwód jest za ciasny, jeżeli nie da się włożyć dwóch palców między stanik a ciało. Już jednak widzę nadgorliwe adeptki dopasowania, które zmieściwszy pod obwód trzeci palec dochodzą do wniosku, że jest on za luźny. Nawiasem mówiąc: pod wszystkie moje staniki da się włożyć dużo więcej palców niż dwa :-) Należałoby więc opisać rzecz dokładniej, albo w ogóle z tej reguły zrezygnować.

Jeśli już trzeba koniecznie podawać regułę, to lepsza będzie reguła dłoni włożonej na sztorc, którą podawał niegdyś któryś z brytyjskich sklepów (powinna się dać włożyć, nie powinna dać się odciągać na znaczną odległość). A najlepiej, moim zdaniem, ograniczyć się do równego poziomu z przodu i z tyłu. Jeżeli biustonosz nie podjeżdża z tyłu do góry ani nie wjeżdża z przodu na piersi, to znaczy, że dobrze trzyma się na ciele i podtrzymuje biust.

Przy okazji na ulotce zauważyłam informację, że akcja trwa do 8.10, więc do tej pory możecie wpaść do Marksa, przetestować usługę brafittingu i kupić stanik za 114 zł zamiast 139 ;-)

 

Lobbing w Marksie

Podsumowując, mogę stwierdzić, że Marks&Spencer stanął na wysokości zadania - zapewniono mi kontakt z fachową osobą świadomą ograniczeń asortymentu :-) a do tego kulturalną i miłą. Pozdrawiam panią Paulinę serdecznie i dziękuję za poświęcony mi czas.


Zachęcam więc te z Was, które mają blisko do Warszawy i jej centrum - wpadnijcie do M&S. Może znajdziecie tam coś ciekawego w swoim rozmiarze? A dlaczego zachęcam? Firma M&S nie miała z tym nic wspólnego - nie sponsorowała tego posta (i żadnego innego :-) Uważam jednak, że jeśli, jako sieciówka, zacznie stawać na wysokości zadania, to jest to dla polskich biustów pewna szansa. Nie każda z nas przepada za zakupami w salonach z bra-fittingiem, nie każdą z nas na to stać - Marksy są jednak trochę tańsze od Frejek. W dodatku nie trzeba tu nikogo przekonywać, że większe biusty istnieją - oni przecież już dawno to wiedzą, sprzedając dziesiątki modeli D+ od wielu lat. A jeśli miseczki powyżej D przestaną być domeną „fanaberyjnych” salonów, do których nie każda kobieta zdecyduje się wejść, a zaczną być obecne także w popularnych sieciówkach (bo może za M&S pójdą inne?), gdzie w dodatku zaczną być fachowo dobierane - to edukacja brafittingowa Polek może wkrótce wznieść się na wyższy poziom :-)

 
1 , 2
Archiwum
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...