Wpisy z tagiem: wrzosowy

piątek, 29 listopada 2013

Czas na temat, który jestem Wam winna już prawie od roku - czyli od czasu, kiedy to po raz pierwszy po dłuuugiej przerwie obkupiłam się niespodzianie w Marksie&Spencerze :-) A już na pewno od minionej wiosny, kiedy to owocem mojej wycieczki do Zjednoczonego Królestwa był krótki raport z tamtejszego oraz, przy okazji, warszawskich sklepów M&S.

 

Moje Marksowe nabytki - wcześniejszy i późniejszy :-)

 

Temat wyboru D-plusów w sieciówkach krąży po naszych forach i blogach nie od dziś - jak dotąd, wychodzi na to, że sytuacja z lekka i tu i ówdzie się poprawia, ale generalnie - wciąż dobrze nie jest.

Szczególnym i nieco dziwnym przypadkiem w tym kontekście jest M&S. M&S to sieć, która w swojej ojczyźnie oferuje dziesiątki modeli staników w szerokiej rozmiarówce. W Polsce wybór ten jest znacznie, znacznie mniejszy. W porównaniu jednak z sytuacją sprzed kilku lat, gdy modele powyżej D-E praktycznie nie występowały, w ciągu ostatniego roku dokonał się postęp w postaci pojawienia się kilku :-) Trzeba jednak zaznaczyć, że postęp ten dotyczy głównie kilku sklepów. Przoduje Warszawa, gorzej jest w innych miastach, nie wspominając już o tych, gdzie Marksów w ogóle nie ma. Tak czy owak, dobrze byłoby przekonać Marksowych decydentów, że warto do naszego kraju sprowadzać bieliznę D+... Czy rzeczywiście warto? No cóż, osobiście mogę zapewnić, że regularnie wstępowałabym do Marksa po bieliznę, podobnie jak regularnie znajduję tam coś dla siebie wśród ubrań.

 

Rosie - któż to taki?

To będzie opowieść o formowanych, obszytych jedwabiem plandżach z serii Rosie for Autograph, których mam już dwa (a oprócz nich jeszcze trzeci, już nie Rosie, lecz po prostu Autograph), i które uważam za bardzo udane. Autograph to jedna z własnych marek M&S, którą sygnowana jest zarówno odzież, jak i bielizna. Bielizna Autograph nie jest wcale droższa od tej, którą możemy zakupić w naszych sklepach z brytyjskimi stanikami - a nawet, jak się za chwilę okaże, w wielu przypadkach tańsza.

Nazwa kolekcji Rosie for Autograph pochodzi od jej ambasadorki, którą jest brytyjska modelka i aktorka Rosie Huntington-Whiteley. Kolekcja obejmuje nie tylko biustonosze i komplety, ale także koszulki, szlafroczki, piżamki itp., w klasycznym, eleganckim stylu. W bieliźnie dominuje jedwabna satyna, niekiedy drukowana w kwiatowe wzory, w towarzystwie koronek.

Oto klip promujący aktualną kolekcję jesień-zima 2013:

 

 

Większość staników w kolekcji to oczywiście i niestety modele w zakresie A-E, B-DD i podobnych. Zakres DD-G (i tylko do G) reprezentowany jest skąpo. Mamy mianowicie do wyboru formowane plandże i... formowane plandże :-) Modeli jest w zasadzie dwa, jeden gładki, drugi w różyczki, za to dostępne w różnych wersjach kolorystycznych - najwięcej wariantów (m. in. cielisty, czarny, czerwony, oliwkowy...) posiada ten pierwszy, choć oczywiście w Polsce dostępny jest góra jeden-dwa. I o nim właśnie Wam opowiem.

 

Rosie for Autograph - Silk Padded Plunge DD-G Bra with French Designed Rose Lace, kolory: cielisty, malwowy, rozmiar: 36G [Rozmiary miseczek: 32-38 DD-G, 40 DD-E, skład materiałowy: 33% jedwab, 32% poliester, 29% poliamid, 6% elastan; cena: 139 zł, oba modele zostały kupione w warszawskich sklepach M&S].

 

Estetyka



Na wersję cielistą zdecydowałam się nie od razu. W sklepie zobaczyłam ją w styczniu tego roku i obwieściłam Wam o tym czym prędzej na fejsbuku. Czemu kupiłam ją dopiero tydzień później? No cóż, nudziarze to wciąż nie jest mój ulubiony typ, a do tego byłam mocno rozżalona, że wariant cielisty był jedynym dostępnym. W tym samym czasie brytyjskie wieszaki pełne były wersji czerwonej... U nas także, ale tylko do miseczki E! Namioty w brudnym beżu strike back... W końcu jednak schowałam dumę i oburzenie do kieszeni, zwyciężyła chęć eksperymentu, a poza tym - obiektywnie rzecz biorąc, stanik jest naprawdę ładny i okazał się doskonale na mnie leżeć.

Na pierwszy rzut oka zupełnie nie kojarzy się z formowcem - forma jest bowiem ukryta pod zakładkami z jedwabnej satyny. Mają one bardzo ciekawy, promienisty układ, w dodatku przetykane są matowymi panelami. Tak uszytego biustonosza nie miałam jeszcze nigdy.

 

Wersja wrzosowa, zwana przez producenta przydymioną malwą, jest pod tym względem trochę mniej ciekawa. Malwową Rosie kupiłam na początku października. Najwyraźniej design tego modelu został od czasu zeszłego sezonu zimowego zmieniony - nie ma już gry błysku i matu, zamiast zakładek pojawiły się widoczne szwy, a ich układ także się zmienił. Pojawiła się za to koronka po bokach miseczek. Czerwonej wersji oczywiście dalej nie było, podziwiam jednak wielką odwagę, jaką wykazał się polski oddział M&S, sprowadzając dla nas ten jakże ryzykowny kolor malwowy (ironia ;).

Obie wersje mają nieszczególnie sensacyjne, raczej neutralne, ale przyjemne dla oka, eleganckie barwy, są też bardzo jednolite kolorystycznie - żadnych gumek innego koloru niż reszta, itp. Ładne koronkowe - ozdobne lecz dobrze trzymające - tyły, błyszczące metalowe wykończenia w różowozłotym kolorze (haftki, regulatory, miniaturowe plakietki z logo Rosie na bokach).

 

Przednia część ramiączek w obu wersjach pokryta jest satyną, w cielistej jest ona nieelastyczna, w malwowej - pokrycie ma postać zmarszczonego tuneliku, w którym kryje sie gumka, a nasada ramiączek ozdobiona jest koronką.

Nasada ramiączka w wersji malwowej - z koronką

Złączenie ramiączka z miseczką w wersji cielistej

Wolę ramiączka malwowe, również ze względu na część tylną - zdobi je stylizowany napis Rosie, ładniejszy od kanciastego Autograph zdobiącego ramiączka cieliste:

Miejsce połączenia części przedniej-satynowej ramiączka z tylną - gumkową, widoczny regulator - wersja cielista

 

Miejsce połączenia części przedniej-satynowej ramiączka (zmarszczony tunelik) z tylną - gumkową, widoczny regulator - wersja malwowa 

 

Natomiast same miseczki oraz ich wykończenie (układ szwów, ozdobny brzeżek) bardziej podobają mi się w wariancie cielistym.

Obie różyczki są niezwykle starannie uszyte i wykończone, nie mam też żadnych zastrzeżeń do jakości materiałów. Wszystko jest gładziutkie, solidne, niestrzępiące się. Podobne wrażenia mam z satynowych plandży Gossarda. Nie jest to może jakaś designerska awangarda - ot, bardzo porządna klasyka z odrobiną jedwabnego luksusu. Pół punkta odejmuję za nudę ;)

 

Dopasowanie

Rozmiarówka M&S jest trochę inna niż w większości brytyjskich marek, do których jesteśmy przyzwyczajone - nie zawiera miseczki FF. Jak dotąd jednak marksowskie G pasuje na mnie doskonale. Obwody są w normie, ani nadmiernie ciasne ani rozciągliwe, dobrze pracujące, a miseczki po prostu w sam raz. Mogłabym brać w ciemno (choć nie wiem, co robią nosicielki miseczek FF - zaokrąglają w dół czy w górę?).

 

Kształt

Nie do wiary, stawiam prawie same piątki. Kształt był tym, co zdecydowało ostatecznie (obok jedwabiu i zawodowej ciekawości :) o tym, że w końcu kupiłam najpierw jedną, potem drugą Rosie. Obie dają mi znakomicie podniesiony profil i świetne zebranie, biust zamienia się w piękne sterczące w przód kulki, nie spłaszczone, lecz dziarsko zaakcentowane (ale nie szpice!). Do tego dekoltowa dolinka jak należy, choć nie bardzo głęboka (nie jest to ekstremalnie niski plandż) i raczej wąska (serduszkowaty kształt dekoltu). 

 

Konstrukcja i podtrzymanie

Jedyne zastrzeżenie dotyczy boków miseczek, które mogłyby być dosłownie o ten centymetr niższe pod pachami. Nadmiar ten nie jest jednak uciążliwy.

Trzyhaftkowe obwody należą do dobrze pracujących, doskonale trzymają się bez uciskania. Tył składa się z dwóch warstw: siateczkowej i koronkowej, plus dobrze pracujące gumy.

 

 

Wygoda - wersja cielista

Niedługo niestety trwała moja radość z cielistej różyczki. O ile patrzeć mogę na nią z przyjemnością długo, o tyle nosić mogę krótko, a to za sprawą dwóch rzeczy: usztywnień bocznych, które wbijają się w skórę dolnymi końcami, oraz ramiączek, które wbijają się w ramiona - są wąskie i zbyt mało elastyczne. Zastanawiam się, czy tych bocznych fiszbin nie dałoby się jakoś usunąć.

Wersja cielista od spodu - widoczna fiszbina boczna

 

 

Wygoda - wersja malwowa

Tu znowu z przyjemnością stawiam maksa. Usztywnień bocznych tu po prostu nie ma i nie czuję, by były do czegokolwiek potrzebne, a ramiączka mają odpowiedni stopień elastyczności. Cieszę się więc, że zdecydowałam się kupić również ten wariant, bo na pewno potestuję go znacznie dłużej :-) Ta wersja jest właściwie wygodniczkiem.

 

Cena

Nie pamiętam już szczerze mówiąc, czy za malwową zapłaciłam 139, czy czasem nie 149 zł, tak czy owak - obie ceny uważam za bardzo dobre, biorąc pod uwagę jakość i tę jedwabną odrobinę luksusu, oraz porównanie z cenami innych „brytyjczyków” w polskich sklepach. Nie mogę oprzeć się skojarzeniu ze stanikami Masquerade, które podobnie pysznią się satynami (i to wcale nie jedwabnymi), kosztują jednak o ok. 100 zł więcej! I bynajmniej nie wszystkie mogą pochwalić się ciekawszymi kolorami czy designem...

Mostek cielistej Rosie - widać naprzemienne pasy matowego i błyszczącego materiału pokrywającego miseczki

 

Mostek Rosie malwowej - błyszcząca satyna. Szkoda, że kokardka tylko pojedyncza.

Tu muszę jeszcze, gwoli uczciwości, nadmienić, że ów jedwab, o którym niektóre z nas tak marzą, ma też swoje wady. W jedwabnym staniku nie należy się na przykład zbyt mocno pocić - zostają ślady. Może nie bardzo widoczne, ale jednak. Druga wada to oczywiście pranie - nie odważyłabym się wrzucić żadnej z Różyczek do pralki.

 

Galeria

Zapraszam do rzutu okiem na detale - obie Róże są naprawdę ładne i fotki nie oddają moim zdaniem ich urody, zwłaszcza że krótki, ciemny dzień listopadowy mi nie sprzyjał :) Ach, gdyby można było zdobyć pozostałe kolory... A najbardziej życzyłabym sobie, by powstały też inne wersje: granatowa, szmaragdowa, koralowa, fioletowa... - i żeby wszystkie, rzecz jasna, raczono sprowadzić do Polski...

 

 

Dobry początek?

Mam nadzieję, że niniejsze eksperymenty to będzie dopiero początek testowania różnych krojów i modeli M&S, których obfitość zaleje polskie sklepy ;-) Chciałoby się... Chciałoby się też zapytać, co właściwie powstrzymuje tę potężną sieć przed odważniejszym sprowadzaniem D-plusów nad Wisłę? Gigantowi przecież znacznie łatwiej podjąć tę odrobinę ryzyka, polegającą na wstawieniu kilku-kilkunastu sztuk do paru sklepów, w sytuacji, gdy pozostałe setki sklepów są ich pełne. Bo mam wrażenie, że taki wciąż jest rozmiar owego eksperymentu: parę sztuk. Gdy już kupiłam swoje 36G, drugi egzemplarz już się na wieszakach nie pojawił.

Brakuje też choćby ociupiny promocji - np. ustawienia nad regałem tabliczki „tu znajdziesz miseczki powyżej D”. Czy wiecie, ile czasu zajmuje wypatrzenie pośród kilkunastu regałów tych kilku modeli D+? Sport tylko dla wytrwałych stanikomaniaczek :-)

A może ta recenzja będzie początkiem jakiegoś ożywienia w stosunkach biuściasto-Marksowskich? Czy polski oddział nas słyszy? :-) A może i Wy macie coś naszym Marksom do przekazania? Jak Wam się podobają różyczki? A może też możecie podzielić się wrażeniami z noszenia tych, bądź innych modeli?

środa, 27 stycznia 2010

Na fali podsumowań i rozważań, co ostatnio zmieniło się w zaopatrzeniu naszego rynku w tzw. mniej popularne rozmiary biustonoszy, dużo mówi się o wysokich cenach importowanych marek. Oczy biuściastych z nadzieją zwracają się ku producentom polskim - liczymy na to, że zapewnią nam oni nie tylko lepszą dostępność towaru, ale i korzystniejsze ceny, niepokoi nas natomiast jakość (oraz jej relacja do ceny) i wciąż ograniczony zakres rozmiarów u większości z nich. Na pewno warto śledzić postępy dobrze rokujących polskich firm i starać się naciskać na poszerzanie oferty.

Dziś kolejna recenzja z cyklu „chcemy nosić polskie marki”, tym razem dotyczącą modelu fimy Kris Line. Co ciekawe, biustonosze tej firmy w D-plusowych zakresach rozmiarów wiele z nas spotykało dotąd głównie w brytyjskich sklepach internetowych, Kris Line szył je bowiem na eksport. Ostatnio jednak, w związku ze zmianami na rynku, D-plusowe serie KrzyśLinków zaczęły pojawiać się i w polskich sklepach. Dzisiejsza bohaterka pochodzi z jednego z warszawskich sklepów stacjonarnych. A oto jej przymioty :-)

Kris Line - Fallon, rozmiar: 34GG, kolor: fioletowy [Rozmiary miseczek: E-H, obwody: 70-90 (wg informacji na stronie sklepu), cena: 119 zł]


Estetyka

(4 1/2)

Nazwanie tego koloru fioletowym jest nieco mylące, z drugiej strony niełatwo znaleźć inne określenie. Barwy Fallon są trudne do zdefiniowania - ciemniejszy kolor to jakby śliwka złamana brązem, jaśniejszy - liliowy z lekkim posmakiem kakaowym, oba oryginalne, eleganckie, trochę w stylu vintage, podobnie jak kwiatowy nadruk na dolnej połowie miseczki. Drugim smaczkiem Fallon jest miękko lśniąca satyna górnej części miseczki.

Fallon jest biustonoszem pół-usztywnianym - obawiałam się, że granica między sztywną dolną częścią a miękką górną będzie się odznaczała, jednak tak nie jest. Ponadto usztywnienie jest delikatne i Fallon nie sprawia „pancernego” wrażenia. Ramiączka mają szerokość 2 cm, ale nie obciążają wizualnie całości - są gładkie i mają ciemny kolor (nie jasny, jak na fotce z katalogu).

Oryginalny design Fallon wystarczyłby do maksymalnej oceny, niepokoi mnie jednak jakość materiałów, a zwłaszcza cienkiej dzianiny, którą pokryty jest dół miseczki i z której zrobione są boki. Jest rozciągliwa, wiotka i obawiam się o jej trwałość - trochę „nie dorasta” do satynowej góry, sprawiającej wręcz luksusowe wrażenie.

 

Dopasowanie

(4)

Obawiałam się, czy miseczki Fallon będą odpowiadały brytyjskim standardom (mają rozmiar GG wg systemu brytyjskiego), lecz spotkała mnie miła niespodzianka. Są dość spore i pasują idealnie.

Obwód natomiast należy do bardzo rozciągliwych. Po kilku dniach noszenia musiałam zacząć ciaśniej zapinać biustonosz. Winny jest niestety materiał, z którego zrobiony jest tył.


Kształt

(4 1/2)

Dzięki lekko usztywnianym miseczkom Fallon dobrze podnosi biust, nieco gorzej natomiast zbiera z boków, ale też i nie rozstawia. Kształt piersi jest zdecydowanie okrągły, naturalny, linia biustu gładka. Miłośniczki nosków mogą być zawiedzione, amatorki półkul będą zadowolone.


Konstrukcja i podtrzymanie

(3 1/2)

Kolejny przypadek, w którym konstrukcja przodu stanika nadrabia niedociągnięcia tyłu. Miseczki są zbudowane z trzech części - zszytego z dwóch piankowych segmentów dołu oraz miękkiej góry i radzą sobie skutecznie z uniesieniem i zaokrągleniem piersi. Fiszbiny przylegają do klatki piersiowej we właściwych miejscach (żadnego odstawania czy nachodzenia na pierś) i są dobrej jakości - nie rozginają się na boki.

Boki miseczek od strony pachy są dosyć wysokie a ramiączka szeroko rozstawione - u mnie nie powodują dyskomfortu, lecz wyżej osadzone biusty mogą narzekać na ocieranie się krawędzi o pachę.

Cały przód stanika, aż do fiszbin bocznych (za które Fallon ma plusa) jest nieelastyczny, tył natomiast „nadrabia” rozciągliwością - uszyty jest ze słabiutkiej, cienkiej dzianiny o rozciągliwości niemal rajstopowej. Na szczęście jest dość szeroki, ponadto sytuację ratują gumki, lecz i te są wąskie i nie wiem, jak długo będą sobie radziły z podtrzymaniem biustu.


Wygoda

(5)

Powinna być piątka z plusem. Fallon jest mięciutka, przyjemna w dotyku i bardzo wygodna, bardziej komfortowa od wielu brytyjskich modeli. Może właśnie pod tym względem - komfortu - będą polskie marki konkurować z zagranicznymi?


Cena

(3 1/2)

Poprzednio recenzowany biustonosz polskiej marki, Attina, został oceniony wyżej - był o całe 40 zł tańszy. Co prawda Fallon ma nad tamtą „polską dziewczyną” przewagę - jest bardziej wyszukana estetycznie i subtelniejsza, przegrywa jednak jakością materiałów. Cóż z tego, że miseczki z przodu kuszą elegancką satyną, skoro tył uszyto z czegoś, nie bójmy się tego powiedzieć - słabo nadającego się na tył stanika D+? Wystarczyło zastosować mocną siatkę, jak w Attinie - w harmonizującym kolorze, i model mógłby bez najmniejszych kompleksów konkurować z biustonoszami brytyjskimi.

Nie rozumiem, czemu firmy polskie tak często skąpią na dobrej jakości tyły - czy wychodzą z założenia, że klient patrzy tylko na miseczki?


Podsumowanie

Fallon na razie dobrze i przede wszystkim wygodnie się nosi, choć obawiam się o jej trwałość. Zachęciła mnie jednak do dalszego śledzenia marki Kris Line, górującej nad wieloma innymi polskimi producentami zakresem rozmiarów i doświadczeniem konstrukcyjnym - w końcu przeszli przez brytyjską szkołę. Dzięki Fallon przekonałam się także, że nie taki „półsztywniak” zły - usztywnienie dołu miseczki nie musi wiązać się z dziobowatym kształtem!


Uwaga, promocja!

Fallon pochodzi z warszawskiego sklepu Satine, mieszczącego się pod dwoma adresami: ul. Puławska 24B i Mazowiecka 3/5. Naszej bohaterki wprawdzie nie zostało już zbyt dużo na półkach, lecz wszystkie stanikomaniaczki zaproszone są do korzystania z pozostałego asortymentu marki Kris Line z 10-procentową zniżką przez najbliższy tydzień. Hasło „stanikomania” :)

 
1 , 2
Archiwum
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...