Wpisy z tagiem: Marks&Spencer

sobota, 10 stycznia 2015

Na czas zimowych wyprzedaży szykowałam się jeszcze przed Świętami, ale chyba miałam pecha. Nie załapałam się na to, na co najbardziej ostrzyłam sobie ząbki (na przykład umknęła mi przecena złotej Clary na Figleaves... chlip!), a reszta tego, co chcę, jakoś nie jest jeszcze przeceniona :-) Zorientowałam się jednak, że niektóre z nabytków ostatniego półrocza, których recenzję jestem Wam winna, pojawiają się tu i ówdzie w lepszych ceniach. O Juliet z Marksa i Spencera pisałam Wam przy okazji relacji z brafittingu tamże (z którego miałam bardzo pozytywne wrażenia). Ciemnoszmaragdowego plandża, którego wtedy kupiłam, widziałam już na wieszakach z wyprzedażą w którymś ze stołecznych Marksów, choć nie pomnę, w którym (w grę wchodzi Arkadia bądź Złote Tarasy). Tę miękką balkonetkę w kolorze nocnego nieba widziałam jeszcze w normalnej cenie, ale kto wie, czy nie zostanie ona za chwile obniżona. Tak czy owak - oba modele warte są moim zdaniem dokładniejszego opisu.

Juliet niestety nie udało mi się już znaleźć na stronie Marksa - zapewne nasi przyjaciele z UK już dawno ją wyprzedali po lepszej cenie. Jest już za to jej nowa wersja w intensywnym różu, także całkiem sympatyczna, choć ja wolę tę - ma barwniejsze piórka :-)

 

Marks&Spencer (M&S Collection) - Juliet [Rozmiary miseczek: DD-G, obwody: 30-44, cena: 119 zł]

 

Estetyka

W piórka każda szanująca się fashionistka stroi się już od kilku lat i jak widać, nie chcą one wyjść z mody. Sama bardzo polubiłam ten motyw, więc z radością witam piórka zarówno w postaci nadruku na dolnej części miseczki, jak i haftu u góry. Haft jest szczególnie ciekawy, ponieważ nitki połyskują tu dwoma odcieniami granatu. Nadrukiem pokryte są też ramiączka w przedniej części. Te piórkowe wzory (i przyzwoita konstrukcja) to główne atuty Juliet.

Juliet jest znośnie zharmonizowana kolorystycznie, różnice w odcieniach poszczególnych części są niewielkie. Sam kolor jednak mógłby być nieco ciekawszy, odrobinę żywszy - zwłaszcza tył biustonosza robi trochę ponure, szkolno-granatowe wrażenie. Powiedziałabym, że Juliet przypomina stylistycznie Freyę bądź Fantasie (tę ostatnią także konkstrukcyjnie), jednak bardzo brakuje mi tu wzorzystego tyłu, co u Frei jest regułą i eliminuje przeważnie nudny charakter tej części biustonosza. Kokardki w Juliet reż mogłyby być mniej pospolite.

Jeszcze jedno trochę mi przeszkadza - dolna część miseczek w trakcie noszenia trochę się marszczy (poziomo), być może to jednak bardziej kwestia napreżeń wynikających z konstrukcji, niż samych materiałów. Zapięcie co prawda nie jest szczególnie mięsiste, ale nie odkształca się w noszeniu ani trochę, mimo dość ciasnego obwodu.

 

Dopasowanie

Rozmiar 36G tutaj pasuje na mnie idealnie. Marksy nie są do końca przewidywalne rozmiarowo, różnie bywa u nich z obwodami, miseczki też nie zawsze mają tę samą głebokość - G bywa na mnie za małe, choć przeważnie jednak pasuje. Warto zauważyć, że w rozmiarówce M&S nie ma miseczki FF, co może komplikować sprawę. Mimo wszystko Juliet nie była żadnym zaskoczeniem. Obwód jest dość ścisły, a miseczki leżą idealnie.

 

 

Kształt



Okrągły, uniesiony i zebrany na poziomie znanych nam brytyjskich balkonetek. No, może zebranie mogłoby być odrobinę lepsze, ale to samo można powiedzieć także o wielu modelach innych marek. Krótko mówiąc, jeśli jesteśmy przyzwyczajone do Frei czy Fantasie, nie będziemy zawiedzione kształtem w Juliet. Jak już wspomniałam, forma piersi jest okrągła, bez spłaszczania czy szpiców, ani rozstawiania.

 

Konstrukcja i podtrzymanie

Mam wielki sentyment do tak skonstruowanych i leżących staników. Konstrukcja Juliet to dobrze nam znana trzyczęściowa balkonetka, o zbliżonej do poziomu linii dekoltu, bez nadmiernego zabudowania. Do złudzenia przypomina balkonetki Fantasie, te bez side supportu - takie, jakie nosiłam z wielkim entuzjazmem kilka lat temu (ktosia pamięta jeszcze model Lily? :-). Radzi sobie bez większego problemu z unoszeniem i zbieraniem biustu, podtrzymanie też jest bez zarzutu - to dość ścisły trzyhaftkowiec. Fiszbiny nie są ani wąskie, ani nadmiernie szerokie, dla mnie w normie - ale jeśli szukacie wąskofiszbinowców, to Juliet może niestety nie spełnić Waszych wymagań.

Wygoda



Po wcześniejszych doświadczeniach z miękką marksową balkonetką, którą kupiłam sobie w Anglii, tu mam bardziej pozytywne wrażenia. Tamta miała fiszbiny „wiszące” (bandless) i oczywiście gniotła mnie dolną krawędzią mostka w skórę w okolicy żołądka, nie ponosiłam jej więc długo (a szkoda, bo poza tym nie miała większych wad). Ta ma porządną konstrukcję kołyskową i dół wykończony w przyjazny dla ciała sposób.



Nie jest to jednak superkomfortowy stanik. Przy pierwszym podejściu moja ocena była zaledwie „dostateczna” (3 kokardki, czyli „da się wytrzymać, choć nie nosi się z przyjemnością”), lecz po pewnym czasie zrobiłam się mniej surowa - ciekawa jestem nota bene, od czego to zależy, że jednego dnia zauważam mnóstwo niewygód, które następnego już zupełnie nie dają mi się we znaki. Mam wrażenie, że zależy to w pewnym stopniu od mojego nastroju :-) Są dni, kiedy denerwuje mnie każda nierówność odzieży dotykająca skóry. Ciekawa jestem, czy też macie takie odczucia?

Wróćmy jednak do oceny. Kiedy jestem bardziej krytyczna - uważam, że ramiączka trochę się wpijają (są zbyt mało elastyczne), miejsce ich wszycia z przodu drapie (końcowki szwów), a dolna guma jest nieco gniotąca (choć uczciwie mówiąc - być może większy rozmiar obwodu zlikwidowałby ten akurat problem? W końcu trzyhaftkowiec w 38 nie musiałby być koniecznie na mnie za luźny). Obawiałam się też wpijających fiszbin na mostku, na szczęście tego akurat nie odczuwam. Górna krawędź haftu jest również drapiąca, ale odczuwam to tylko w ręku, nie na piersiach. Pod względem wygody jednak wygrywa mój drugi nabytek - usztywniany plandż Rachel, o którym też mam nadzieję Wam napisać.

 

Cena

Regularna cena Juliet (119 zł) nie należy do wygórowanych jak na D-plusowy biustonosz. Za tę cenę otrzymujemy nie luksusową, ale przyzwoitą jakość i design - uważam, że jest adekwatna, choć oczywiście zawsze marzyłoby się taniej... Producent mógłby tylko bardziej dopracować kwestię wygody, wówczas byłabym w pełni zadowolona.

Jeśli uda Wam się upolować gdzieś Juliet za pół ceny - polecam, cena w okolicy 60 zł za ten model będzie już bardzo dobra :-)

 

Galeria

Zapraszam Was do bliższego rzutu okiem na piórka Julietty :-)

 

 

Podsumowanie

Po tym doświadczeniu będę nadal śledzić Marksowskie miękkie balkonetki, uważnie jednak przyglądając się oferowanemu poziomowi komfortu. Design, jak widać, potrafi być niezły, a konstrukcja nawet bardzo dobra. Freye są jednak wygodniejsze - choć, trzeba powiedzieć, także znacznie droższe.

Ciekawa jestem, jakie są Wasze doświadczenia z miękkimi produktami M&S, i z pozostałymi także. Słyszałam głosy o niewygodnych fiszbinach - ja jak dotąd tego akurat nie doświadczyłam. Czy ostatnio poprawiła się w Waszej okolicy dostępność D-plusów tej marki?

wtorek, 23 września 2014

Marks&Spencer - brytyjska sieciówka, którą znają chyba wszyscy. Ma swoje przybytki na całym świecie, z czego kilkaset w samym UK i kilkanaście w największych miastach Polski. Dział bieliźniany Marksa obfituje w biustonosze D+, z których większość to modele D-G lub D-GG. Asortyment jednak różni się mocno w zależności od kraju - w Polsce modeli z zakresu D-G spotykałam co najwyżej kilka, podczas gdy w Wielkiej Brytanii z Marksa mogłabym wyjść z przynajmniej kilkunastoma nabytkami. Trzeba jednak przyznać, że jeszcze kilka lat temu zaopatrzenie polskich Marksów w D-plusy wynosiło zero modeli. ZERO. A więc coś się ruszyło - a ruchy we właściwym kierunku należy popierać :-)

Do najwiekszego warszawskiego Marksa wybrałam się bez wielkich oczekiwań. Zaglądałam tam kilka razy latem i byłam na tyle rozczarowana, że nie było o czym mówić - zaopatrzenie w D-plusy wyglądało na gorsze, niż jeszcze wiosną zeszłego roku. Pomyślałam, że mimo to dam szansę jesiennym kolekcjom - a nuż coś się trafi...

 

Spacerem wśród regałów

Miejsce akcji: Sawa, ul. Marszałkowska 104/122.

To największy sklep tej sieci w Warszawie. Ma dwa piętra, bieliznę znajdziemy na pierwszym (parter to dział spożywczy i część odzieżowego). Z doświadczenia wiem, że zarówno ubrań, jak i bielizny jest tam największy wybór spośród sześciu warszawskich Marksów. Można więc przypuszczać, że jest tam największa oferta D-plusów w całym kraju (wiele z Was pisało, że poza Warszawą wybór jest mniejszy albo wręcz w ogóle nieistniejący). Wybrałam się tam w sobotnie popołudnie, obawiając się, czy nie zastanę zamkniętych drzwi, jak w wielu innych sklepach poza centrami handlowymi, ale nic z tych rzeczy - właśnie sprawdziłam, że w sobotę jest czynne do 21, a w niedzielę - do 20:00. Tak więc, jeśli macie ochotę na weekendowy wypad do centrum Warszawy, możecie wpaść na rekonesans.

Przywitał mnie plakat o... brafittingu. To już zdaje się nie pierwsza tego typu akcja w Marksie - chodzi o zniżki na biustonosze, które otrzymuje się po konsultacji z brafitterką. Minęłam go bez większego zainteresowania - rozmiar swój znam, a do tego byłam przekonana, że znowu nie będzie co przymierzać i że skończy się na mierzeniu sukienek. Z obowiązku jednak zaczęłam od działu bieliźnianego. Co tam znalazłam?

Prawie obok schodów popatrzył na mnie ciemny szmaragd. Był to znany już zarówno z angielskich, jak i z polskich wieszaków model, który zresztą przywiozłam sobie z Anglii w kolorze czarnym, a który najwyraźniej zyskał nową barwę. Wciąż nie wierząc w szczęście, podeszłam bliżej i... zgarnęłam niejaką Rachel z kolekcji Autograph w rozmiarze 36G (ciekawe - nigdy wcześniej nie zauważyłam, by staniki M&S miały imiona!).

Przepraszam Was za okropną jakość sklepowych zdjęć - robiłam je telefonem, bo wizyta miała charakter spontaniczny, nie planowałam żadnych blogowych relacji. Swoją drogą - brytyjski przybytek był znacznie lepiej oświetlony i nawet fotki robione komórką wychodziły tam całkiem znośne. Warszawski oddział mógłby trochę lepiej urządzić swoje sklepy!

Kolor tych nie-czarnych staników lepiej odaje foto z początku notki. Jest naprawdę ładny - dlatego, jako maniaczka zieleni, skusiłam się na cały komplet!

 

Dalsza inspekcja wykazała smutną nieobecność usztywnianych plunge'y w zakresie D+ - z wyjątkiem znalezionych później bazowych dwupaków (a wiecie, jaki jest mój stosunek do bazy). A czemu zwróciłam na nie uwagę? Bo było ich wszędzie pełno, tylko wszystkie do DD...  

Plandży w kolorach bazowych i sezonowych było znacznie więcej - zdominowały sklep. Niestety żadne z kolorówek nie występowały w rozmiarach D+.

 

Na jednym z niskich regałów wyczaiłam jeszcze przyjemne różowe balkonetki w kwiatowy nadruczek, które przymierzałam już kiedyś i które wspominam pozytywnie.

 

Ale naprawdę ciekawie zrobiło się dopiero „za winklem”, czyli po drugiej stronie dużego regału. Zdaje się, że to pierwszy w historii polskiego M&S regał z samymi, albo prawie samymi D-plusami! Odkryłam tam wreszcie coś miękkiego i kolorowego: dwie miękkie balkonetki. Obok wisiały nieszczęsne bezfiszbinowe skorupiaki, które przymierzałam już rok temu i które niestety nie rozdzielają ani nie zbierają porządnie biustu, a także wspomniane dwupaki plandży. Jedną z balkonetek - tę w granacie, z piórkowym wzorem (Juliet) zgarnęłam również w rozmiarze 36G.

Najciekawsze miękkie modele. Ten pośrodku też już kiedyś przymierzałam i pamiętam, że mnie nie zachwycił. Szara balkonetka z lewej była OK, a granatową kupiłam!

 

Szara balkonetka. Przymierzałam ją już kiedyś - pamiętam, że była OK, choć nie pomnę, jak tam było z rozciągliwością obwodu.

 

Balkonetka w pierzasty wzorek, która urzekła mnie nie tylko piórkami, ale i kolorem oraz mieniącym się haftem (lepsze zdjęcia będą, mam nadzieję, w recenzji :-)

 

D-plusowe usztywniane bezfiszbinowce (fajna ciekawostka, ale jednak nie rozdzielają biustu dostatecznie) oraz miękki full-cup, dostępny także w dużych obwodach (widziałam 42).

 

Dwupaki D-G - bezszwowe plandże w kolorach bazowych


Przechodziłam także obok regału z minimizerami i zobaczyłam tam przynajmniej dwa kolorowe modele. Ale nie pokażę ich Wam. Marksowskie minimizery zamierzam konsekwentnie bojkotować, ponieważ robią one z biustem coś tak strasznego, że powinno to być zabronione. Wiem, bo przymierzałam i wolę już tego nie pamiętać - wyglądałam w nich, jakbym zrobiła sobie jakąś krzywdę...

 

W przymierzalni

Objuczona dwoma egzemplarzami przebiegłam jeszcze przez dział odzieży, skąd zgarnęłam chyba pięć sukienek, i udałam się przymierzać. O sukienkach rozwodzić się nie będę (niektóre nawet nie były dramatycznie za duże wszędzie indziej oprócz biustu), skupię się na stanikach.

Ciemnoszmaragdowa Rachel okazała się trochę za luźna w obwodzie, luźniejsza niż nabyta przed rokiem wersja czarna. Nie jest to jednak nic, czego nie dałoby się zniwelować zapięciem na ciaśniejsze haftki. Granatowa balkonetka natomiast pasowała jak ulał i była wygodniejsza niż przywieziony wcześniej z UK miękkus. Okazuje się, że podobnie jak np. w Panache, tak i w Marksie wolę wersje banded od bandless, które uwierają mnie dołem mostka. Oba modele jednak bardzo mi się spodobały, poczułam się też w obowiązku, żeby trochę „pozgłaszać popyt” :) Krótko mówiąc, postanowiłam kupić obia staniki i to w miarę możliwości z majtkami. Oddałam więc sukienki i ruszyłam na poszukiwanie majtek. Niestety miękkus wbrew napisowi „matching knickers available” takowych do kompletu nie posiadał. Spytałam później jedną z pań, czy mam szansę na maczingujące nikersy w najbliższej przyszłości i dostałam odpowiedź, że szansa jest, bo majtki do kompletu czasem przychodzą później ;)

Jeszcze raz przepraszam za jakość zdjęć - mam nadzieję zrecenzować oba nabytki i wtedy urządzę im odpowiednie sesje :-)

 

Bra-fitting

Czas na clou programu :-) Skoro już zamierzałam trochę wydać - przypomniałam sobie o zapowiadanej zniżce 25 zł. Miłe panie poinformowały mnie, że żeby dostać specjalny kuponik i zapłacić 25 zł mniej, należy skonsultować się z brafitterką ORAZ kupić biustonosz w cenie przynajmniej 139 zł. Ponieważ Rachel akurat tyle miała na metce (miękkus mniej), zażądałam brafittingu :-)

Po krótkiej chwili czekania nadeszła miła pani i uprzejmie zaoferowała pomoc. Powiedziałam szczerze, że z rozmiarami chyba problemu nie mam, ale że chętnie pokażę się pani w swoich potencjalnych nabytkach, żeby mogła to sprawdzić :-) Padło pytanie, czy chciałabym, żeby weszła ze mną do przymierzalni, na co odparłam, że wolałabym sama włożyć biustonosz i poprosić, żeby zajrzała. Tak też się stało.

Na pierwszy ogień poszła Rachel. Pani Paulina (bo później poznałam jej imię) od razu stwierdziła, że obwód jest trochę za luźny. Mogłaby mi co prawda zaoferować rozmiar 34, ale miseczki wtedy byłyby prawdopodobnie za małe. W tym momencie już nie miałam wątpliwości, że mam do czynienia z osobą fachową i nie próbującą mnie przekonywać do kupna nieodpowiedniego rozmiaru.

Zgodziłam się z opinią mojej opiekunki i powiedziałam, że mimo to jestem zdecydowana na kupno (moja decyzja nie była kwestionowana, co uważam za rzecz całkowicie prawidłową!). Miękkus natomiast został oceniony dobrze - zgodziłyśmy się, że jest ciaśniejszy w obwodzie od usztywnianego i lepiej trzyma. Padło jeszcze kilka słów o tym, że fiszbiny leżą prawidłowo - wokół piersi, nic się nigdzie nie wpija ani nie wrzyna. Gdybym potrzebowała - przypuszczam, że otrzymałabym dłuższą lekcję dopasowania. Nie udawałam jednak, że nie jestem zorientowana w temacie - bo strasznie nie lubię udawać (z tego powodu słabo nadaję się na tajemniczą klientkę :-).

Po bra-fittingu dostałam kuponik uprawniający do zniżki, który wygląda tak - a właściwie tak wygląda jego część, którą mogłam zachować, gdyż właściwy kupon zniżkowy został odcięty:

Przy okazji zamieniłam kilka słów zarówno z panią Pauliną, jak i inną panią obsługującą przymierzalnie, starając się przekazać, jak bardzo potrzebujemy, żeby centrala zwiększyła asortyment dużych miseczek w Polsce. Pani Paulina wyraźnie powiedziała, że jej zdaniem wybór powinien być większy i że zdarza się, iż nie jest w stanie zaproponować klientce niczego, co by pasowało - bo tego po prostu nie ma w sklepie. Zgodziłyśmy się jednakowoż, że kiedyś było dużo gorzej, że jest lepiej, a powinno być jeszcze lepiej ;-) Po tej miłej pogawędce wyskoczyłam z ponad dwóch setek polskich złotych, po zniżce oczywiście (lobbowanie kosztuje!) oraz syta wrażeń udałam się do działu spożywczego, gdzie czystym przypadkiem przy kasach zauważyłam tę oto ulotkę (niewykluczone, że w odzieżowym też była):

Nie jest to może najlepsza ulotka na świecie, ale najważniejsze kwestie zostały poruszone. Największe zastrzeżenia mam do punktu o obwodzie. Powinno zostać wyraźnie podkreślone, że obwód powinien leżeć poziomo i nie podnosić się do góry ani z tyłu, ani z przodu. Reguła o dwóch palcach zaś niestety grozi nieprawidłową interpretacją. W zamyśle chodziło o to, że obwód jest za ciasny, jeżeli nie da się włożyć dwóch palców między stanik a ciało. Już jednak widzę nadgorliwe adeptki dopasowania, które zmieściwszy pod obwód trzeci palec dochodzą do wniosku, że jest on za luźny. Nawiasem mówiąc: pod wszystkie moje staniki da się włożyć dużo więcej palców niż dwa :-) Należałoby więc opisać rzecz dokładniej, albo w ogóle z tej reguły zrezygnować.

Jeśli już trzeba koniecznie podawać regułę, to lepsza będzie reguła dłoni włożonej na sztorc, którą podawał niegdyś któryś z brytyjskich sklepów (powinna się dać włożyć, nie powinna dać się odciągać na znaczną odległość). A najlepiej, moim zdaniem, ograniczyć się do równego poziomu z przodu i z tyłu. Jeżeli biustonosz nie podjeżdża z tyłu do góry ani nie wjeżdża z przodu na piersi, to znaczy, że dobrze trzyma się na ciele i podtrzymuje biust.

Przy okazji na ulotce zauważyłam informację, że akcja trwa do 8.10, więc do tej pory możecie wpaść do Marksa, przetestować usługę brafittingu i kupić stanik za 114 zł zamiast 139 ;-)

 

Lobbing w Marksie

Podsumowując, mogę stwierdzić, że Marks&Spencer stanął na wysokości zadania - zapewniono mi kontakt z fachową osobą świadomą ograniczeń asortymentu :-) a do tego kulturalną i miłą. Pozdrawiam panią Paulinę serdecznie i dziękuję za poświęcony mi czas.


Zachęcam więc te z Was, które mają blisko do Warszawy i jej centrum - wpadnijcie do M&S. Może znajdziecie tam coś ciekawego w swoim rozmiarze? A dlaczego zachęcam? Firma M&S nie miała z tym nic wspólnego - nie sponsorowała tego posta (i żadnego innego :-) Uważam jednak, że jeśli, jako sieciówka, zacznie stawać na wysokości zadania, to jest to dla polskich biustów pewna szansa. Nie każda z nas przepada za zakupami w salonach z bra-fittingiem, nie każdą z nas na to stać - Marksy są jednak trochę tańsze od Frejek. W dodatku nie trzeba tu nikogo przekonywać, że większe biusty istnieją - oni przecież już dawno to wiedzą, sprzedając dziesiątki modeli D+ od wielu lat. A jeśli miseczki powyżej D przestaną być domeną „fanaberyjnych” salonów, do których nie każda kobieta zdecyduje się wejść, a zaczną być obecne także w popularnych sieciówkach (bo może za M&S pójdą inne?), gdzie w dodatku zaczną być fachowo dobierane - to edukacja brafittingowa Polek może wkrótce wznieść się na wyższy poziom :-)

piątek, 29 listopada 2013

Czas na temat, który jestem Wam winna już prawie od roku - czyli od czasu, kiedy to po raz pierwszy po dłuuugiej przerwie obkupiłam się niespodzianie w Marksie&Spencerze :-) A już na pewno od minionej wiosny, kiedy to owocem mojej wycieczki do Zjednoczonego Królestwa był krótki raport z tamtejszego oraz, przy okazji, warszawskich sklepów M&S.

 

Moje Marksowe nabytki - wcześniejszy i późniejszy :-)

 

Temat wyboru D-plusów w sieciówkach krąży po naszych forach i blogach nie od dziś - jak dotąd, wychodzi na to, że sytuacja z lekka i tu i ówdzie się poprawia, ale generalnie - wciąż dobrze nie jest.

Szczególnym i nieco dziwnym przypadkiem w tym kontekście jest M&S. M&S to sieć, która w swojej ojczyźnie oferuje dziesiątki modeli staników w szerokiej rozmiarówce. W Polsce wybór ten jest znacznie, znacznie mniejszy. W porównaniu jednak z sytuacją sprzed kilku lat, gdy modele powyżej D-E praktycznie nie występowały, w ciągu ostatniego roku dokonał się postęp w postaci pojawienia się kilku :-) Trzeba jednak zaznaczyć, że postęp ten dotyczy głównie kilku sklepów. Przoduje Warszawa, gorzej jest w innych miastach, nie wspominając już o tych, gdzie Marksów w ogóle nie ma. Tak czy owak, dobrze byłoby przekonać Marksowych decydentów, że warto do naszego kraju sprowadzać bieliznę D+... Czy rzeczywiście warto? No cóż, osobiście mogę zapewnić, że regularnie wstępowałabym do Marksa po bieliznę, podobnie jak regularnie znajduję tam coś dla siebie wśród ubrań.

 

Rosie - któż to taki?

To będzie opowieść o formowanych, obszytych jedwabiem plandżach z serii Rosie for Autograph, których mam już dwa (a oprócz nich jeszcze trzeci, już nie Rosie, lecz po prostu Autograph), i które uważam za bardzo udane. Autograph to jedna z własnych marek M&S, którą sygnowana jest zarówno odzież, jak i bielizna. Bielizna Autograph nie jest wcale droższa od tej, którą możemy zakupić w naszych sklepach z brytyjskimi stanikami - a nawet, jak się za chwilę okaże, w wielu przypadkach tańsza.

Nazwa kolekcji Rosie for Autograph pochodzi od jej ambasadorki, którą jest brytyjska modelka i aktorka Rosie Huntington-Whiteley. Kolekcja obejmuje nie tylko biustonosze i komplety, ale także koszulki, szlafroczki, piżamki itp., w klasycznym, eleganckim stylu. W bieliźnie dominuje jedwabna satyna, niekiedy drukowana w kwiatowe wzory, w towarzystwie koronek.

Oto klip promujący aktualną kolekcję jesień-zima 2013:

 

 

Większość staników w kolekcji to oczywiście i niestety modele w zakresie A-E, B-DD i podobnych. Zakres DD-G (i tylko do G) reprezentowany jest skąpo. Mamy mianowicie do wyboru formowane plandże i... formowane plandże :-) Modeli jest w zasadzie dwa, jeden gładki, drugi w różyczki, za to dostępne w różnych wersjach kolorystycznych - najwięcej wariantów (m. in. cielisty, czarny, czerwony, oliwkowy...) posiada ten pierwszy, choć oczywiście w Polsce dostępny jest góra jeden-dwa. I o nim właśnie Wam opowiem.

 

Rosie for Autograph - Silk Padded Plunge DD-G Bra with French Designed Rose Lace, kolory: cielisty, malwowy, rozmiar: 36G [Rozmiary miseczek: 32-38 DD-G, 40 DD-E, skład materiałowy: 33% jedwab, 32% poliester, 29% poliamid, 6% elastan; cena: 139 zł, oba modele zostały kupione w warszawskich sklepach M&S].

 

Estetyka



Na wersję cielistą zdecydowałam się nie od razu. W sklepie zobaczyłam ją w styczniu tego roku i obwieściłam Wam o tym czym prędzej na fejsbuku. Czemu kupiłam ją dopiero tydzień później? No cóż, nudziarze to wciąż nie jest mój ulubiony typ, a do tego byłam mocno rozżalona, że wariant cielisty był jedynym dostępnym. W tym samym czasie brytyjskie wieszaki pełne były wersji czerwonej... U nas także, ale tylko do miseczki E! Namioty w brudnym beżu strike back... W końcu jednak schowałam dumę i oburzenie do kieszeni, zwyciężyła chęć eksperymentu, a poza tym - obiektywnie rzecz biorąc, stanik jest naprawdę ładny i okazał się doskonale na mnie leżeć.

Na pierwszy rzut oka zupełnie nie kojarzy się z formowcem - forma jest bowiem ukryta pod zakładkami z jedwabnej satyny. Mają one bardzo ciekawy, promienisty układ, w dodatku przetykane są matowymi panelami. Tak uszytego biustonosza nie miałam jeszcze nigdy.

 

Wersja wrzosowa, zwana przez producenta przydymioną malwą, jest pod tym względem trochę mniej ciekawa. Malwową Rosie kupiłam na początku października. Najwyraźniej design tego modelu został od czasu zeszłego sezonu zimowego zmieniony - nie ma już gry błysku i matu, zamiast zakładek pojawiły się widoczne szwy, a ich układ także się zmienił. Pojawiła się za to koronka po bokach miseczek. Czerwonej wersji oczywiście dalej nie było, podziwiam jednak wielką odwagę, jaką wykazał się polski oddział M&S, sprowadzając dla nas ten jakże ryzykowny kolor malwowy (ironia ;).

Obie wersje mają nieszczególnie sensacyjne, raczej neutralne, ale przyjemne dla oka, eleganckie barwy, są też bardzo jednolite kolorystycznie - żadnych gumek innego koloru niż reszta, itp. Ładne koronkowe - ozdobne lecz dobrze trzymające - tyły, błyszczące metalowe wykończenia w różowozłotym kolorze (haftki, regulatory, miniaturowe plakietki z logo Rosie na bokach).

 

Przednia część ramiączek w obu wersjach pokryta jest satyną, w cielistej jest ona nieelastyczna, w malwowej - pokrycie ma postać zmarszczonego tuneliku, w którym kryje sie gumka, a nasada ramiączek ozdobiona jest koronką.

Nasada ramiączka w wersji malwowej - z koronką

Złączenie ramiączka z miseczką w wersji cielistej

Wolę ramiączka malwowe, również ze względu na część tylną - zdobi je stylizowany napis Rosie, ładniejszy od kanciastego Autograph zdobiącego ramiączka cieliste:

Miejsce połączenia części przedniej-satynowej ramiączka z tylną - gumkową, widoczny regulator - wersja cielista

 

Miejsce połączenia części przedniej-satynowej ramiączka (zmarszczony tunelik) z tylną - gumkową, widoczny regulator - wersja malwowa 

 

Natomiast same miseczki oraz ich wykończenie (układ szwów, ozdobny brzeżek) bardziej podobają mi się w wariancie cielistym.

Obie różyczki są niezwykle starannie uszyte i wykończone, nie mam też żadnych zastrzeżeń do jakości materiałów. Wszystko jest gładziutkie, solidne, niestrzępiące się. Podobne wrażenia mam z satynowych plandży Gossarda. Nie jest to może jakaś designerska awangarda - ot, bardzo porządna klasyka z odrobiną jedwabnego luksusu. Pół punkta odejmuję za nudę ;)

 

Dopasowanie

Rozmiarówka M&S jest trochę inna niż w większości brytyjskich marek, do których jesteśmy przyzwyczajone - nie zawiera miseczki FF. Jak dotąd jednak marksowskie G pasuje na mnie doskonale. Obwody są w normie, ani nadmiernie ciasne ani rozciągliwe, dobrze pracujące, a miseczki po prostu w sam raz. Mogłabym brać w ciemno (choć nie wiem, co robią nosicielki miseczek FF - zaokrąglają w dół czy w górę?).

 

Kształt

Nie do wiary, stawiam prawie same piątki. Kształt był tym, co zdecydowało ostatecznie (obok jedwabiu i zawodowej ciekawości :) o tym, że w końcu kupiłam najpierw jedną, potem drugą Rosie. Obie dają mi znakomicie podniesiony profil i świetne zebranie, biust zamienia się w piękne sterczące w przód kulki, nie spłaszczone, lecz dziarsko zaakcentowane (ale nie szpice!). Do tego dekoltowa dolinka jak należy, choć nie bardzo głęboka (nie jest to ekstremalnie niski plandż) i raczej wąska (serduszkowaty kształt dekoltu). 

 

Konstrukcja i podtrzymanie

Jedyne zastrzeżenie dotyczy boków miseczek, które mogłyby być dosłownie o ten centymetr niższe pod pachami. Nadmiar ten nie jest jednak uciążliwy.

Trzyhaftkowe obwody należą do dobrze pracujących, doskonale trzymają się bez uciskania. Tył składa się z dwóch warstw: siateczkowej i koronkowej, plus dobrze pracujące gumy.

 

 

Wygoda - wersja cielista

Niedługo niestety trwała moja radość z cielistej różyczki. O ile patrzeć mogę na nią z przyjemnością długo, o tyle nosić mogę krótko, a to za sprawą dwóch rzeczy: usztywnień bocznych, które wbijają się w skórę dolnymi końcami, oraz ramiączek, które wbijają się w ramiona - są wąskie i zbyt mało elastyczne. Zastanawiam się, czy tych bocznych fiszbin nie dałoby się jakoś usunąć.

Wersja cielista od spodu - widoczna fiszbina boczna

 

 

Wygoda - wersja malwowa

Tu znowu z przyjemnością stawiam maksa. Usztywnień bocznych tu po prostu nie ma i nie czuję, by były do czegokolwiek potrzebne, a ramiączka mają odpowiedni stopień elastyczności. Cieszę się więc, że zdecydowałam się kupić również ten wariant, bo na pewno potestuję go znacznie dłużej :-) Ta wersja jest właściwie wygodniczkiem.

 

Cena

Nie pamiętam już szczerze mówiąc, czy za malwową zapłaciłam 139, czy czasem nie 149 zł, tak czy owak - obie ceny uważam za bardzo dobre, biorąc pod uwagę jakość i tę jedwabną odrobinę luksusu, oraz porównanie z cenami innych „brytyjczyków” w polskich sklepach. Nie mogę oprzeć się skojarzeniu ze stanikami Masquerade, które podobnie pysznią się satynami (i to wcale nie jedwabnymi), kosztują jednak o ok. 100 zł więcej! I bynajmniej nie wszystkie mogą pochwalić się ciekawszymi kolorami czy designem...

Mostek cielistej Rosie - widać naprzemienne pasy matowego i błyszczącego materiału pokrywającego miseczki

 

Mostek Rosie malwowej - błyszcząca satyna. Szkoda, że kokardka tylko pojedyncza.

Tu muszę jeszcze, gwoli uczciwości, nadmienić, że ów jedwab, o którym niektóre z nas tak marzą, ma też swoje wady. W jedwabnym staniku nie należy się na przykład zbyt mocno pocić - zostają ślady. Może nie bardzo widoczne, ale jednak. Druga wada to oczywiście pranie - nie odważyłabym się wrzucić żadnej z Różyczek do pralki.

 

Galeria

Zapraszam do rzutu okiem na detale - obie Róże są naprawdę ładne i fotki nie oddają moim zdaniem ich urody, zwłaszcza że krótki, ciemny dzień listopadowy mi nie sprzyjał :) Ach, gdyby można było zdobyć pozostałe kolory... A najbardziej życzyłabym sobie, by powstały też inne wersje: granatowa, szmaragdowa, koralowa, fioletowa... - i żeby wszystkie, rzecz jasna, raczono sprowadzić do Polski...

 

 

Dobry początek?

Mam nadzieję, że niniejsze eksperymenty to będzie dopiero początek testowania różnych krojów i modeli M&S, których obfitość zaleje polskie sklepy ;-) Chciałoby się... Chciałoby się też zapytać, co właściwie powstrzymuje tę potężną sieć przed odważniejszym sprowadzaniem D-plusów nad Wisłę? Gigantowi przecież znacznie łatwiej podjąć tę odrobinę ryzyka, polegającą na wstawieniu kilku-kilkunastu sztuk do paru sklepów, w sytuacji, gdy pozostałe setki sklepów są ich pełne. Bo mam wrażenie, że taki wciąż jest rozmiar owego eksperymentu: parę sztuk. Gdy już kupiłam swoje 36G, drugi egzemplarz już się na wieszakach nie pojawił.

Brakuje też choćby ociupiny promocji - np. ustawienia nad regałem tabliczki „tu znajdziesz miseczki powyżej D”. Czy wiecie, ile czasu zajmuje wypatrzenie pośród kilkunastu regałów tych kilku modeli D+? Sport tylko dla wytrwałych stanikomaniaczek :-)

A może ta recenzja będzie początkiem jakiegoś ożywienia w stosunkach biuściasto-Marksowskich? Czy polski oddział nas słyszy? :-) A może i Wy macie coś naszym Marksom do przekazania? Jak Wam się podobają różyczki? A może też możecie podzielić się wrażeniami z noszenia tych, bądź innych modeli?

wtorek, 21 maja 2013

Tu dojrzała klasyka, tam młodzieżowe kolory i wzory - M&S stara się trafiać w potrzeby wszystkich.

 

Drogie mieszkanki i bywalczynie Zjednoczonego Królestwa - obawiam się, że nie znajdziecie w tym tekście żadnych rewelacji. Ponieważ jednak jeszcze nie wszystkie (chyba? :) Polki zdążyły już odwiedzić „kraj staników”, postanowiłam podzielić się doznanym tam szokiem kulturowym :-) Już bowiem  kilkugodzinny spacer po jednym z większych angielskich miast (na więcej, niestety, nie starczyło mi czasu w ciągu mej brytyjskiej wycieczki, na którą zaprosiła mnie firma Panache) pozwolił mi zorientować się, jak dalece brytyjski bra-rynek różni się od polskiego.

Marks&Spencer - tę sieć wielobranżowych sklepów dobrze znają mieszkanki kilku wielkich miast Polski. W UK zapewne zna ją każde dziecko, albowiem Marksów jest tam ponad 700 (w Polsce - 16, z czego 6 w Warszawie). Wszyscy mieszkańcy Wielkiej Brytanii mają też dostęp do całości oferty online, a wraz z nimi - mieszkańcy większości UE oraz sporego kawałka reszy świata. Kambodża? Oczywiście. Bośnia i Hercegowina? No problem. Żeby jednak M&S dostarczył coś na polski adres, zamówienie musi zostać złożone... stacjonarnie, w jednym z brytyjskich sklepów. Czemu w ogóle wspominam o zakupach online - skoro we własnym mieście stacjonarek mam kilka do wyboru? Rzecz jasna, z powodu istotnych różnic w asortymencie między Marksem PL a Marksem UK.


Misja: Sheffield, Fargate

W Sheffield, mieście o liczbie mieszkańców ponadtrzykrotnie mniejszej od Warszawy, stacjonarnych Marksów jest 5, z czego tylko 3 prowadzą odzież i bieliznę. Trafiłam do sklepu położonego w centrum miasta, od którego dzieliło mnie tylko kilka minut spaceru z hotelu. Otwarty od 8 rano! Z żalem pominęłam bardzo rozbudowany dział spożywczy, przespacerowałam się szybkim krokiem po odzieżowym i ruszyłam do stanikowego raju, czyli działu bieliźnianego.

Nie da się ukryć, że w tradycyjnym zakresie A-D wybór był znacznie większy. Było to łatwe do sprawdzenia, ponieważ na każdym wieszaku (podobnie jak w polskich M&S-ach) znajduje się informacja o zakresie rozmiarów danego modelu. A-D, B-D czy A-E - te miały wyraźną przewagę. Co jednak nie zmienia faktu, że w moim rozmiarze 36G mogłam nabyć przynajmniej kilkanaście, a może nawet dwadzieścia kilka modeli staników, prosto z wieszaka, zarówno w kolorach bazowych, jak i jaskrawych sezonówkach (w sklepie online zaś wyszukiwarka daje liczbę... 76!). Nie zapuszczałam się zresztą zbytnio w bazówkę - gdybym miała więcej czasu, pewnie znalazłabym i pokazała Wam więcej.

Kupiłam tylko dwa - jeden miękki i jeden usztywniany. (Uwaga na marginesie: w M&S nie ma rozmiaru FF, jednak Marksowe 36G z reguły pasuje na mój biust).

(Przepraszam Was za jakość fotek - wszystkie zostały zrobione komórką, ponieważ nie miałam pewności, jak zareagowałby personel na dziwną Polkę biegającą między półkami z aparatem :-) Uwaga: wszystkie fotki przedstawiają modele D+!)

M&S Sheffield, Fargate. Obfitość miękkich balkonetek D+. Z lewej - bazowe dwupaki.

 

Nie brakowało też żywo ubarwionych plandży w zakresach DD-GG.

 

Mięta i malina. M&S Woman i Per Una. Ten miętowy przymierzałam - niestety dziobował.



Klasyczna (ślubna?) elegancja spod znaku Autograph. To moja ulubiona marka M&S, obok Per Uny.

 

Miękkusy i sztywniaczki D+ w kilkunastofuntowych cenach. Nasze znajome marki mają się czego bać...

 

Dwupaki, dwupaki... Proste, codzienne, niedrogie, 8 funtów za stanik. Nie do pobicia.

 

W przymierzalni. Buraczkowe palmy po lewej kupiłam i nie żałuję. Beżowej koronki na miętowym spodzie niestety nie - miałam w niej „smutny” biust.

 

W przymierzalni. Pośrodku miękki plunge, który leżał na mnie doskonale. Gdyby nie białe tło nadruku, kupiłabym go bez wahania. Choć w sumie i tak żałuję, że tego nie zrobiłam.

 

Po lewej - niezrealizowane marzenie. Nie kupiłam tego biustonosza, ponieważ pechowo mój rozmiar był jedynym, jakiego brakowało. Oczywiście zaproponowano mi wysyłkę właściwego rozmiaru do domu, a mnie, głupiej, nie przyszło do głowy spytać o wysyłkę międzynarodową, która z UK jest możliwa. Po prawej - mój drugi zakup :-)


Z cyklu „różnice kulturowe” - takie oto urządzenie znajduje się w każdej przymierzalni.

 

Jeśli chodzi o rozmiary obwodów, zaczynają się one w Marksie od 30, choć nie we wszystkich modelach - użytkowniczka 30G także coś by dla siebie znalazła, jednak znacznie mniej niż ja (online - 10 modeli). Gorzej niestety z G-plusami - widziałam tylko kilka modeli i to głównie bazowych full-cupów do miseczki H, a większych wcale - nieliczne H-plusy są dostępne online.

Mimo powyższych ograniczeń - zaczynam rozumieć już, w jakiej sytuacji działają brytyjskie firmy D+. W sytuacji poważnej konkurencji ze strony potężnych, ogólnokrajowych sieci. Kolejną z nich jest Debenhams - sieć domów towarowych z własną marką D-plusową. Tu jednak znane nam firmy mogą już uszczknąć kawałka tortu - można je bowiem znaleźć na Debenhamsowskich wieszakach.



Debenhams nie taki Gorgeous

Co prawda rzecz głównie o Marksie i Spencerze, ale trudno mi pominąć mój drugi stanikowy zwiad. Najbliższa centrum placówka sieci domów towarowych Debenhams była niestety mała, ciasna i wyglądała, jakby czasy świetności miała już dawno za sobą. Być może dlatego znalazłam tam tylko kilka sztuk macierzystej marki Debenhams Gorgeous w moim rozmiarze, które jednak skwapliwie przymierzyłam (online wybór jest jednak olbrzymi - 96 produktów w moim rozmiarze!). Wyglądały sympatycznie, leżały nieźle, jakość jednak miały słabszą, zarówno w porównaniu z Marksami, jak i Freyą z wieszaka obok. Gorsze materiały, mniej staranne szycie, mimo że niektóre wzory całkiem efektowne. Z Evedenu i z Panache wisiało tam trochę bazówki, trochę sezonówki i trochę przecen - niestety! w moim rozmiarze nic ciekawego w przecenach nie było.

Po lewej - ten model musiał przyciągnąć mój wzrok. Mojego rozmiaru jednak już nie było - i nie szkodzi, bo w przymierzalni dostrzegłam jego wady (niestaranne szycie, słabej jakości zapięcie, ogólna tandetność). Po prawej - miękkusy do H w obniżonej cenie.

 

Po lewej - sztywniaczek do H, po prawej - strapless do G, oba marki Debenhams Gorgeous.

 

Ta miękka półprzejrzysta balkonetka najbardziej mi się podobała spośród „Gorgeousów”, brakowało jej jednak kokardki na mostku, a przeceniona była tylko o 30%. Nie zdecydowałam się.


Tak czy owak - wybór rozmiarów w Debenhamsie spokojnie pozwalał na przeprowadzenie dobrego bra-fittingu, choć do G wybór był wyraźnie większy (zwłaszcza w marce własnej). Nie przetestowałam jednak kompetencji obsługi, ponieważ, po pierwsze, trzeba było jeszcze zdążyć na samolot, a po drugie - obsługa nie sprawiała wrażenia zainteresowanej klientem. W przeciwieństwie do M&S, gdzie zapytano mnie dwukrotnie, czy nie potrzebuję pomocy w doborze rozmiaru. Że już nie wspomnę o guziczkach w przymierzalniach, służących do wzywania w razie potrzeby tych superuprzejmych istot, jakimi są sprzedawczynie w Marks&Spencer wersja UK. Zapewne jednak nie był to najlepszy Debenhams w kraju.

Po lewej - poznajemy. Po prawej - reklama usługi, z której nie skorzystałam.

Wracając zaś do marki własnej Debenhamsa - nie zrobiła ona na mnie piorunującego wrażenia. Lepsze wrażenie robi za to wybór rozmiarów - w G-plusach w tej konkretnej stacjonarce był słaby, online jednak wypada lepiej od Marksowskiego i to nie tylko ze względu na Freye, Panache, Curvy Kate itp. Samych Debenhams Gorgeous w rozmiarze 34J jest 14 modeli (w M&S - jeden smutny bezfiszbinowiec).

Przypomnę, że obie sieci, o których mowa, obecne są praktycznie w każdym mieście w kraju, obie też mają obszerną ofertę online. A u nas? No cóż, warunki są trochę inne.

 

Warszawskie peregrynacje

Jakoś około początku roku gruchnęła wieść, że w polskich Marksach coś się rusza. Ucieszyłam się niezmiernie i przy najbliższym pobycie w warszawskim CH Arkadia wpadłam do Marksa. I tadaam! Znalazłam tam całe dwa modele w moim rozmiarze, pierwszy raz od ładnych paru lat (kilka lat temu bowiem udało mi się przymierzyć jakąś miękką balkonetkę, jedyną na cały sklep, która leżała katastrofalnie). Rewelacją podzieliłam się z Wami na fejsie. Lepiej było w sektorze małobiuściastym - obwody 30 w mniejszych miseczkach spokojnie do dostania.

W końcu zdecydowałam się nabyć beżowego, jedwabiem krytego, modelowanego termicznie sztywniaczka marki Autograph - jest to mój pierwszy biustonosz marki M&S w prawidłowym rozmiarze kupiony w Polsce! Jestem bardzo pozytywnie zaskoczona jakością tego plandżyka z vintage'owej serii Rosie - świetne materiały (40% jedwabiu), staranne wykończenie i dobry kształt biustu. Zwłaszcza ten ostatni walor zachęcił mnie do zakupu. Moim marzeniem był ten sam model, ale w czerwieni - niestety znalazłam go tylko w wersji A-E.

Pierwszy Marks po latach: z wieszaka w CH Arkadia na moją kanapę (a następnie na biust ;)

 

Potem odwiedziłam jeszcze kilka innych Marksów - w Złotych Tarasach oraz Blue City, i w tym pierwszym (bo w drugim nie było nic) znalazłam już kilka modeli D-plusów, w tym tak niesłychane rozmiary, jak 32GG ;-)  W moim 36G jednak znalazłam niewiele więcej niż w Arkadii. Były też bazowe full-cupy do miseczki H. W niektórych modelach, oznaczonych jako D-plus, wybór kończył się na... E.

M&S Złote Tarasy. 32GG - „kosmiczny” jak na M&S Polska rozmiar. Przymierzałam ten model w swoim 36G - niestety, słabo zbierał mi biust.


M&S Złote Tarasy - full-cup z lewej szyty jest do miseczki GG, a ten z prawej - do H. Przymierzałam ten pierwszy - mimo że na wieszaku nie zachwyca, leżał zupełnie nieźle. Te do H były jeszcze w kolorze cielistym.

 

M&S Złote Tarasy. Biustonosze ze znakomitej serii Rosie - niby DD-G, ale w mocno ograniczonym wyborze. Może już przebrane?

 

M&S Złote Tarasy. Z prawej plandż w dwupaku (ale, jak widać, kolory tylko bazowe); kosztował 139 zł - znacznie więcej niż podobne w Anglii (16 funtów to ok. 80 zł!)



Po powrocie z Anglii, pamiętając jeszcze Wasze zachęty, by sprawdzić jeszcze jednego Marksa - tego w Centrum, udałam się do Sawy na Marszałkowskiej (w Warszawie), by tam powypatrywać modeli choćby DD-G. To największy sklep tej sieci w Warszawie, piętrowy i najlepiej moim zdaniem zaopatrzony. I jakież było moje zdziwienie, gdy oprócz już znanego mi beżaka i czarnego ustywnianego bezdrutowca, na wieszakach znalazłam jeden z modeli, które miesiąc wcześniej przywiozłam z Anglii! Oprócz tego w DD-G znalazłam jeszcze usztywnianą halfo-balkonetkę, widzianą w Sheffield, trochę plandży „nawet” w miseczkach GG i bazowe miękkie full-cupy.

Obydwa D-plusy spotkałam w Sheffield, a tego sztywniaczka po prawej nawet kupiłam. Wygląda może trochę nietypowo, ale jest doskonały - recenzja w planach.

 

Plandżyk do miseczki GG - nie tylko na obrazku, ale i na wieszaku. Szkoda, że całkiem nie w moim guście.

Niestety Sawa mi strasznie nie po drodze i bywam tam wyjątkowo rzadko - obiecałam sobie jednak częściej wpadać tam choćby w celach poznawczych.

 

Dobry kierunek

Trochę skromnie - powiecie - w porównaniu z brytyjskim wyborem. Ano, skromnie. Zwróćmy jednak uwagę na fakt, że oto po raz pierwszy w Polsce w sieci sklepów, obecnej w dużych centrach handlowych, pojawiają się D-plusy. Nie liczę bowiem tych paru marnych koronkowców do GG sprzed lat, które zniknęły równie szybko, jak się pojawiły, ani jednego czy dwóch minimizerów w miseczkach do F. Te D-plusy wiszą na wieszakach, dostępne dla każdej sklepowej spacerowiczki, gotowe do bezstresowego przymierzania (choć polskie przymierzalnie pozbawione są guziczków). Spełnia się zatem moje marzenie sprzed lat - żebym, wchodząc do samoobsługowego sklepu z ciuchami i bielizną, znalazła na wieszakach cokolwiek na swój biust. Ideałem jest, oczywiście, by mój wybór był identnyczny z tym, który mają koleżanki mieszczące się w zakresie A-D.

Można więc chyba ostrożnie obwieszczać, że polski Marks&Spencer zaczyna się budzić z letargu, wpadł bowiem wreszcie na prosty pomysł, by kilka spośród dziesiątków produkowanych przez siebie modeli D-plusowych udostępnić polskim klientkom i zobaczyć, co z tego wyniknie. Osobiście bardzo temu pomysłowi kibicuję i mam nadzieję, że to trwała tendencja. Dlaczego? Czy nie wystarczą mi polskie bra-sklepy? Czy nie lepiej, by stanikowe uświadamianie odbywało się w mniejszych, wyspecjalizowanych sklepach, z wyszkoloną obsługą?

I tak, i nie. Są osoby, które nigdy z własnej inicjatywy się w takim sklepie nie pojawią - wolą wejść do dużego, anonimowego samoobsługowca. Takie, które nie lubią interakcji ze sprzedawcami, albo zraziły się do mniejszych sklepów - bo trafiały dotąd tylko do tych słabo zaopatrzonych i z niefachową obsługą. Są i takie, które zakupy robią prawie wyłącznie w centrach handlowych. Wreszcie, są takie, które już dobrały sobie rozmiar i wiedzą, o co w tym wszystkim chodzi - i chcą po prostu wejść, zgarnąć z wieszaka 5 modeli, przymierzyć i kupić, bez dyskusji, bez kolejki do przymierzalni... Przy okazji, gdy wybiorą się po bluzkę czy sukienkę. Chciałabym, by rozmiary D+ stały się po prostu normalną częścią sklepowego krajobrazu. Niech każda z nas ma wybór - specjalistyczny sklep z bielizną oferujący bra-fitting, albo dom towarowy i możliwość samodzielnego buszowania między wieszakami.

 

Tworzyć popyt

Jeśli chodzi o jakość - większość biustonoszy M&S, z jakimi miałam do czynienia ostatnio, czy to przymierzając je i kupując w Anglii, czy w Warszawie, była dobrze skonstruowana i bardzo przyzwoitej jakości. W sheffieldzkiej przymierzalni byłam niezadowolona tylko z jednego biustonosza - w ślicznym miętowym modelu z beżową koronką biust nieładnie wisiał. Inny trochę stożkował, ale do przyjęcia. Reszta - bez zarzutu. Ceny w Polsce nie są niskie - okolice 120-130 zł - ale plasują się w dolnych rejonach, jeśli chodzi o ceny DD-plusów w naszym kraju.

Zachęcam więc te z Was, które mają blisko do polskich Marksów, a zwłaszcza do Sawy, do zajrzenia tam - a nuż w Waszym rozmiarze znajdziecie coś ciekawego. Niektóre z Was być może już znalazły. Ja na pewno będę systematycznie do Marksa wracać - może w końcu znajdę odpowiednik tego plunge'a, którego nie kupiłam w Sheffield, albo coś pokrytego czerwoną satyną? :-) A może jakieś codzienne, wygodne modele? Rzecz jasna, by firma zdecydowała się poszerzać dostępną w Polsce ofertę, musi dojść do wniosku, że jest na nią popyt. Warto więc ów popyt tworzyć - o ile towar na to zasługuje. Czy zasługuje? Moim zdaniem tak. A Waszym?



 
1 , 2
Archiwum
Tagi
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...